W jakim kierunku zmierzy tekst...? To się okaże, pod koniec miesiąca. "Powieść" pisana po zachęcie Międzynarodowego Miesiąca Pisania Powieści NaNoWriMo.org
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pisarzyna Beta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pisarzyna Beta. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 31 stycznia 2013
Korekta I
Korekta trwa!
Odesłałem mojej przyjaciółce, pierwszy rozdział, po dłuuuuugim czasie, jeżeli też chcecie zostać korektorami to droga wolna! Jestem jak najbardziej za!
Jest właściwie ktoś kto jeszcze śledzi poczynania Pisarzyny?
środa, 23 stycznia 2013
Naoliwieni
Tak się stało iż od dawna niż się nie dzieję. Skończyłem wersję Alfa, ale na tym nie koniec. Powinno się dalej coś dziać, lecz się nie dzieje. Trochę mnie to znaczyło i musiałem sobie odpocząć . Na domiar tego byłem w Polsce gdzie zajmowanie się rzeczami ważnymi jest mało możliwe. Za dużo się dzieje. Tak wiec od dwóch tygodni tutaj nie zacząłem pracować dalej. Moja przyjaciółka koretorka trochę mi poprawiła, ale nawet nie raczyłem ani podziękować, ani zająć się tym porządnie.
Trochę mam na głowie teraz ze szkoła innymi projektami, a do powieści postaram się niebawem wrócić.
wtorek, 25 grudnia 2012
XVI – Zwieńczenie / Wyjście / Ucieczka
Wybiło
południe na sąsiadującej, wysokiej wierzy zegarowej znajdującej się kilka ulic
dalej na południe. Pisarz pociągał kolejnego papierosa, musiał w końcu
zrekompensować sobie brak nikotyny przez ostatnie tygodnie, stał naprzeciw
wielkiego budynku wznoszącego się na pięć pięter z masywnymi kredowymi
kolumnami, na szczycie widniał portyk z napisami w języku umarłym, jakiego
przeczytać nie potrafił. Proste, nieokrągłe wzniesienia skrywały przed zimowym
słońcem równie wielkie drzwi do środka, w owych ogromnych, ciemno drewnianych
wrotach znajdowały się kolejne znacznie mniejsze, na wysokość półtora człowieka
i o takiej też szerokości. Wyglądały jak wycięte z całości i wstawione w
zawiasy oraz okute żelazem.
Przez
te zakute w metal wejście wkroczył do wysokiej, przestrzennej sali z
wybielonymi ścianami, o wiszących na balkonach sztandarach po lewo i prawo.
Wszędzie chodzili ludzie elegancko ubrani. Zajęci byli swoimi sprawami, kobiety
za biurkami przeglądały dokumenty, stawiały pieczątki, podpisywały, przepisywały
dane z jednego do drugiego arkusza, pisały na komputerach, mężczyźni dodawali
im pracy, witali się z gośćmi, reprezentowali markę na zewnątrz.
Na
środku parterowego holu znajdowała się obszerna lada z tym samym niecodziennym
znakiem co na flagach wiszących na ścianach. Całe otoczenie otumaniał przepych
oraz patos. Wszystko było wyszukane, drogie i dopasowane, a jakiś nieogolony
obwieś śmiał zakłócać pożądany kanon.
Jednakże
nie zwrócił na niego uwagi ani jeden pracownik. Wszyscy pogrążeni w swoich działaniach
mijali ubranego niechlujnie pisarza.
Podszedł
do recepcji, przy której siedziała młoda blondynka z drobnymi, długimi dłońmi o
zadbanych, pomalowanych bezbarwnie paznokciach. Na serdecznym palcu prawej ręki
widniał złoty pierścionek z niewielkim rubinem u zwieńczenia. W długich włosach
blond kobieta pochłonięta obowiązkami nie zauważyła nadejścia prozaika.
Sam
uświadomił ją o swej obecności.
Zastukał
palcami o blat wytrącając ją z wertowania i podpisywania dokumentów.
-
Przepraszam najmocniej – popatrzyła z przerażeniem na niego – Dzień dobry. W
czym mogłabym pomóc.
Kurtuazja
zaniechana być nie może.
-
Przyszedłem w sprawie skrytki.
-
Skrytki… – przyjrzała się mu dokładniej po czym kontynuowała - … proszę chwilę
zaczekać, za chwilę podejdzie człowiek odpowiedzialny za ten dział naszej
rozległej działalności.
-
Poczekam zatem – wskazał palcem skórzaną, ciemnobrązową kanapę – tam.
Białe
ściany wyłożone zostały identycznymi flagami oraz wielkoformatowymi portretami
poniżej, pod którymi stały kanapy takie jak ta, na jakiej właśnie zasiadł
ukierunkowując oczy na twarz jednego z dawnych prezesów. Miał kiedyś
przyjemność spotkania go przypadkiem kiedy wchodził do budynku, a
przewodniczący opuszczał go klnąc przez telefon na swojego, niekompetentnego
podwykonawcę tracącego w tamtym momencie posadę.
-
Dzień dobry, pan w sprawie depozytu? – wyciągnął w kierunku niego dłoń niski
brunet z wąsami, w granatowym garniturze oraz krawatem na białej koszuli zapiętej po samą szyję.
-
Witam – odpowiedział wraz z gestem – tak to ja.
-
Zapraszam zatem szanownego pana za mną – wskazał ręką na windę na samym końcu
korytarza.
**
-
Zanim wsiądziemy do windy chciałbym, aby przeszedł pan etap weryfikacji.
Pozwoli nam to dopasować osobę do depozytu, dzięki czemu będziemy wiedzieć gdzie
jedziemy – uśmiechnął się wskazując nowoczesny czytnik linii papilarnych
znajdujący się na cokole z lewej strony od dźwigu.
Pisarz
wyciągnął śmiało dłoń, spojrzał na wewnętrzną jej część i położył we wskazany
przez przewodnika sposób.
Jasne,
białe światło uderzyło go po oczach zamieniając się w wąski strumień skanujący
jego linie życia. Jasność przecięła trzykrotnie długość jego śródręcza po czym
zmieniła swoją barwę na jasno zieloną i otworzyły się wrota windy.
-
Doskonale! – entuzjastycznie powiedział członek załogi wchodząc pierwszy do
środka.
-
Zatem gdzie teraz?
-
Na.. – spojrzał się na spis poziomów znajdujący się wewnątrz nad drzwiami - …
siódme piętro.
-
Jest tutaj siedem pięter? – zdziwił się widząc o dwa mniej z przed budynku.
-
A kto powiedział, że jedziemy na górę? – spojrzał się odpowiadając nie jasno.
Metalowe
wrota zatrzasnęły się i ruszyli.
**
-
Jak się do pana zwracać? – zadał pytanie nie odwracając na niego wzroku
-
Writer.
-
Słucham?
-
Writer, to odpowiedź na pytanie.
-
Jest pan pisarzem?
Po
chwili namysłu:
-
Można tak powiedzieć – zbył zapytanie.
-
Czy tu można palić? – przyszła kolej na jedno z ważniejszych pytań w życiu
Pisarza.
-
Mi nie wolno, ale panu owszem.
-
Palisz?
-
Palę – zeszli z oficjalnego szyku wypowiedzi.
Wyciągnął
jednego dla siebie i drugiego dla człowieka po jego lewej.
Tamten
chwycił i wsadził między zęby szukając ognia po kieszeniach. Pisarz uprzedził
go i jako pierwszemu podpalił, po czym sam zaciągnął się kolejną porcją
palonego tytoniu.
-
Zatem, Writerze, piętro siódme.. – kontynuował dialog skupiając się na
czerpaniu radości z papierosa - … co tam trzymacie, tajne akta,
może informacje dotyczące następnej książki, która wywoła rewolucję, albo może
coś jeszcze bardziej abstrakcyjnego?
-
Nic takiego – zbił z tematu, ponownie.
-
Nic co znajduje się na tamtym poziomie nie jest „niczym takim” –zademonstrował
doinformowanie – pracuję tu wystarczająco długo by wiedzieć to i tamto.
Winda
zatrzymała się, po czym drzwi otworzyły się, przed nimi rozświecała się właśnie
przestrzenna hala z wieloma regałami, w których znajdowały się jednakowych
rozmiarów kasetki z numerami na każdej.
Wysiedli.
Między nimi, a depozytem znajdowała się jeszcze jedna przeszkoda mająca na celu
zabezpieczać przed niepożądanymi gośćmi.
-
Oto kolejny etap weryfikacji pańskiej tożsamości – wrócił do oficjalnego szyku
wyrzucając na podłogę niedopałek i przydeptując go butem.
Otoczenie
ze szkła pancernego sprawiało dziwne wrażenie, dla pisarza, sprawiając, że czuł
się mało komfortowo, jednak przy drzwiach z tego samego materiału znajdowała
się niewielka półkolista kamera, przy której znajdował się ekran
ciekłokrystaliczny, aktualnie z logiem instytucji. Przewodnik zachęcił go
uśmiechem do podejścia i przyjrzenia się obiektowi.
Pisarzyna
zrobił co należało. Stanął naprzeciw, nakierował otwarte oko na kamerę z
wbudowanym projektorem i wpatrywał się dopóki niewielkie, czerwone światełko
nie przestało się błyszczeć. Po tej akcji na monitorze pojawiło się jego
zdjęcie oraz numer depozytu wraz ze wskazanym jego położeniem na schemacie, a
zamek w pancernych drzwiach otworzył się umożliwiając im dalszą penetrację
poziomu.
**
-
Tutaj zostajesz sam, Pisarzu – powiedział pokazując mu pokój ogrodzony ze
trzech stron ścianami oraz wysuwanymi drzwiami przy których teraz stali – oto
pomieszczenie gdzie możesz w ciszy i spokoju zrobić co tylko zapragniesz ze
swoim rzeczami. W razie jakichkolwiek problemów w środku znajduje się konsola,
przez którą wezwać możesz mnie.
-
Dzięki. Tam też mogę palić?
-
Tak – uśmiechnął się zatrzymując na chwilę krok.
**
Po
małym pokoju obłożonym drewnem oraz, wyglądającym na połączony z resztą
konstrukcji, blat, w którego wnętrzu znajdował się niewielki monitor z różnymi
możliwościami.
Nieduże
pomieszczenie było doskonale oświetlone nie pozwalając na powstanie cieni nawet
wywołanych jego obecnością w środku.
Postawił
niedużą, ale grubą oraz ciężką skrzynką na stole, a w tym oto miejscu czekała
go ostatnia próba potwierdzająca jego pełnomocnictwo na dostanie się do
wnętrza.
Chwycił
ją obiema rękoma na przeciwnych ściankach, kciuki kierując na delikatne
wgłębienia w górnej płytce i zaczekał.
Na
konsoli znajdującej się na uboczu po prawo pojawiła się klawiatura oraz prośba
o wprowadzenie hasła dostępu do depozytu. Ekran stylizowany był na
jasnoniebieskie, wręcz błękitne kolory. Czarne, prostokątne obramowanie, a w
nim migająca pionowa linii czekała na przesunięcie się oraz zapełnienie wolnej
przestrzeni jednakowymi znakami ukrywającymi prawdziwe znaczenie.
Odsunął
dłonie od skrzynki, a pod palcami metal lśnił tą samą barwą, w kształcie linii
papilarnych, co tło monitora. Przeniósł się naprzeciw elektronicznej konsoli
oraz przeciągnął palcami po powierzchni.
-
Ostatni bastion, co? – zapytał sam siebie – No to zaczynajmy.
Położył
palce na elektronicznej klawiaturze oraz inicjował wprowadzanie klucza.
-
Nasza generacja – mówił szeptem – odczuje – wstukiwał kolejne litery do
zapełniającego się identycznymi symbolami kwadratu - silny ból metafizyczny –
skończył.
Potwierdził,
a skrzynka zawarczała, uchylając delikatnie wieko.
-
Nareszcie – otworzył łapczywie i od tego momentu śpieszył się by wszystko
wykonać jak najszybciej, a zarazem dokładnie – tak, tak, tak. To też.
W
środku znajdował się nowy aparat telefoniczny, paszport umożliwiający swobodne
podróżowanie po regionach, obszerny plik pieniędzy używanych w większości
sektorów, kilka osobistych drobiazgów takich jak zdjęcie, list, stary zegarek
oraz kilka innych.
Zapakował
wszystko do kurtki, na dnie pudła pozostała owinięta w szary papier książka w
twardej bordowej okładce o złotym tytule i ramą w owym kolorze na odległości
jednej jednostki od marginesów, przyozdobionej na rogach niewielkimi gwiazdkami
o pięciu wierzchołkach.
Zawartość
pozostała nieznana. Nie odwinął jej, przyłożył zaledwie dłoń do zabezpieczenia
po czym zamknął skrzynkę i zapalając papierosa skierował się do mechanicznie
zamykanych wrót. Stanął naprzeciw i dotknął wyróżniającej się metalowej płytki
umieszczonej bezpośrednio na nich. Po cichu usunęły się w prawo dając mu
możliwość opuszczenia klimatycznie kameralnego pomieszczenia.
W
pobliżu nie widział człowieka w garniturze. Postanowił sam zająć się sobą i
obładowany wartościowymi i niezbędnymi do przeżycia przedmiotami skierował się
samotnie do szkłem opancerzonym pokrytych drzwi. Droga dłużyła mu si na nowo,
niczym ta ze szpitala na powierzchnie.
Ciemny
korytarz nie pomagał mu w uspokojeniu własnego umysłu, który próbował płatać mu
różne figle. Drogę rozświecały jedynie rzadko pozapalane lampy u podstawy
wysokiego sufitu. Mroki ścieżki wydłużały czas przejścia, sam nie wiedział czy
odczuwa strach czy to podświadomość próbuje mu go podpowiedzieć. Kontrolował
stawiane jednakowo kroki w identycznym rytmie, aby móc być pewnym, że nie
zwalnia podświadomie.
Traci
rozum.
Znowu.
Mieniło
mu się przed oczyma, widział, nie widział.
Nie
wiedział na co patrzy.
Surrealizm.
Królik? Powiedziało echo w jego myślach
-
Co!? – krzyknął rozglądając się po sali
Zając? Zapytało ponownie.
-
Kto tam jest!? – przyśpieszał tempa patrząc się na boki
Nie zając? To może królik jednak?
Wołał go pogłos
umiejscowiony w nim samym. Jak miał z nim walczyć? Jak go powstrzymać? W jaki
sposób uciszyć?
Odpowiedział
głosowi milczeniem, ale to go nie zraziło:
Jesteś tam, Pisarzu? Zwróciło się do niego, jego
własne myśli go zdradzały i wystawiałyby na publiczne poniżenie, gdyby ktoś
inny miał możliwość usłyszenia ich. Wiem,
że tam jesteś nie ukrywaj się po kątach, choć tu do mnie. Teraz słyszał
jakby głos kobiety, młodej kobiety wołającej go, namawiającej do ukazania się.
Nie
miał takiego zamiaru, wiedział bowiem, że to się nie skończy dobrze. Zaufanie
własnym myślą w tych okolicznościach nie przyniosłoby mu ukojenia, a jeszcze
więcej bólu – na przestrzeni czasu.
Czas
go gonił, nie miał trwania na odpoczynek, musiał iść na przód, potrzebował
wydostać się, by nic i nikt nie pozostał w nim samym.
Oczyszczenie.
Oczyszczenie
ze zła i dobra, potrzebował oczyścić się ze wszystkiego co złe i dobre za
razem. Pustka w głowie pozwoliłaby mu na nowo zacząć życie tak jakby sobie
zapragnął.
Nie uwolnisz się ode mnie, mój ty
pisarzyno, ja jestem tobą, jak i ty byłeś mną. Kobieta wciąż mówiła pogłosem,
nie potrafił zidentyfikować właścicielki, ani nawet powodu w jaki sposób siedzi
i mówi do niego żeńskie echo.
Nie myśl, podąż za mną.
Przyniosę ci ukojenie, dostaniesz
to czego potrzebujesz, a w zamian dasz mi siebie. Na własność, na wieczność. Na
nowo będziemy ze sobą, ty we mnie, tak jak ja w tobie. Będzie ci dobrze. Tylko
idź za mną.
Idź za mną… Idź za mną… Idź… Nawoływania
nie gasły, wszędzie słyszał echo kobiecego głosu wmawiającego mu kuriozalną
prawdę. Starał się ją zagłuszyć, lecz było to wręcz niemożliwe, nie miał takiej
mocy, starał się, zatykał uszy, krzyczał, nucił i nic. Nawet trochę nie
pogorszyło to odbioru. W akcie desperacji zaczął biec wypuszczając palącego się
nadal papierosa na podłogę, nie zważał teraz na nikotynę. Wariował. Ważniejszym
stało się uspokojenie własnej głowy…
-
Zamknij się!! – krzyczał desperacko, patrzył przed siebie starając się
pochwycić klamkę drzwi znajdujących się już na wyciągnięcie ręki.
Otworzył,
z szybkością światła znalazł się w bezpiecznej strefie, stał w pełnym świetle
otoczony ze wszystkich stron światłem.
Głos
ustał.
Nastała
cisza w przekazie, jasność rozpędziła mroki oraz jej sługi.
Zmęczony
oraz na śmierć przelękniony opadł plecami o wejście do windy i zsunął się po
nim na podłogę.
Zapalił
kolejnego papierosa, na odstresowanie.
Patrzył
na czerwony punkt w oddali, to wciąż palący się niedopałek między mrokami.
Zgasł.
Palenie
pomogło mu uspokoić umysł, znużyło go zarazem, stał się śpiący, a może był to
efekt paniki i wycieńczenia psychicznego? Spalał papierosa za papierosem.
Nie
patrzył teraz na zegarek, liczyła się dla niego jedynie cisza i spokój. Nie
interesowało go nic poza tym.
**
Papierosy
w paczce nikły i z prawie pełnego opakowania, kiedy znalazł ją w skradzionej
kurtce, pozostały dwa, lecz nie przejmując się o płuca, wyciągał kolejnego.
Zdążył
przyłożyć ogień do bibułki kiedy drzwi windy otworzyły się, a on bezwładnie
opadł na podłogę kabiny.
W
środku stał szczupły mężczyzna w granatowym garniturze.
-
A więc tu pan jest, już się zastanawiałem czy coś się stało, bo jak pan wie nie
mamy tutaj żadnych kamer, na tym poziomie oczywiście – wciąż uśmiechał się
patrząc na nieogolonego użytkownika podpalającego papierosa na leżąco.
-
Możemy już jechać na górę – orzekł pisarz.
-
Możemy.
Winda
zamknęła się i otworzyła siedem poziomów wyżej w tym samym wielkim holu, w
którym oczekiwał nadejścia przedstawiciela
jakiś czas temu.
Podziemia opisanie II, obywatele.
Podziemne miasto dla odstępców nie
posiadało praw oraz obowiązków. Korzystało z tego co niepotrzebne na górze i
przetwarzało to na coś bardziej użytecznego pod powierzchnią. Nie mieli panów,
ani sług. Ci którzy chcieli łączyli się w plemiona, gangi, szajki co kto wolał,
jednak większa ilość podziemnej populacji preferowała samotny tryb życia, w
ewentualności, w niewielkich obozowiskach (w przypadku posiadania rodziny, bądź
bytu w związku). Ludność nie należała także do najbardziej rozmownych oraz
gościnnych, starali się zachować neutralność i nie mieszać się w sprawy obcych.
Jeżeli pragnąłbyś pojawić się w
tunelach nikomu by fakt taki nie przeszkadzał, jednak nie napotkałbyś na ciepłe
powitanie. Byli specyficznymi ludźmi, dlatego tam zamieszkali. Niechciani,
nieakceptowani przez powierzchnie, albo sami nie godzić się na jestestwo na
powierzchni między śpieszącymi się kukłami podążającymi za przywódcami,
realizującymi karierę kosztem życia.
Nie dążyli do władzy, a ci co rządy
próbowali ustawić pod powierzchnią długo się w ciemnościach nie na byli.
Chcieli wolności, nie interesowali ich władcy oraz systemy. Każdy miał to na co
sobie zapracował, nie oczekiwali pomocy, i sami rzadko jej udzielali, każdy żył
na własny rachunek.
**
-
Masz ognia? – zaczepił go młody mężczyzna w ortalionowym odzieniu pokazując
gestem iż potrzebuje zapalniczki
-
Masz ognia – wyciągnął narzędzie tworzące płomień z ulatniającego się gazu i
podał je chłopakowi, mało na pełnoletniego wyglądającego – masz fajka? –
zapytał iż jego opakowanie zawierało ostatniego skręta z tytoniem.
Jednak
jego ojcem nie był, sam palił od młodości nie pozostanie więc hipokrytą.
Hipokryzją się on brzydził, nienawidził ludzi radzących mu jedno, a robiących
dokładnie to przed czym go ostrzegają. Izolował się od hipokrytów, izolował się
od wszystkich, lecz to całkowicie inna historia.
Przemierzał
teraz główną ulicę Stolicy, wielka przestrzeń przeznaczona dla zatłoczonego
przez samochody miasta. Pięć zakorkowanych pasów w jedną, pięć w drugą, przez
wysokie ciężarówki, autobusy z trudem dało się dostrzec budynki po drugiej
stronie, nie znajdowały się przy niej bowiem wieżowce, raczej kamienice
mieszkalne, oraz zagospodarowane na sklepy branżowe oraz towarowe centra.
Mijał
wielu podobnych ludzi w zimowych, ciemno kolorowych, przybrudzonych kurtkach.
Inni bardziej elegancko odziani w wełniane płaszcze do kolan z komputerami w
ręku i skórzanymi rękawicami. Kobiety poubierane w długie kurtki zakrywające
ich kobiece wdzięki, bądź ukrywając prawdę o posturze, tylko nieliczne nie
patrzyły na warunki i zawsze wyglądać chciały olśniewająco, problematyczne
stawało się jednak stąpanie po niedokładnie odśnieżonej powierzchni chodnika w
butach na wysokim obcasie średnicy paznokcia małego palca u ręki. Wtedy mniej
wyćwiczone potrafiły bardziej rozbawić niż przyciągnąć walorami. Kiedy z pod
białego futra rozpiętego i spod skąpych ubrań widniały piersi trzęsące się
podczas niestabilnego chodu. Bądź modni chłopcy ubrani w cienkie bluzy i
czapki, założone na pół głowy, udający twardzieli, iż przy takiej temperaturze
jest im gorąco, mimo że trzęśli się przy tym z przechłodzenia pociągając
nosami.
Pisarzowi
zawsze sprawiała radość ludzka głupota, nie tępił, ani nie pochlebiał jej, z
wielu powodów, głównym była czyste szczęście przyglądania się trudom osób
trzecich spowodowanych najzwyklejszą głupotą bądź brakiem umiejętności
logicznego myślenia.
(*) Podziemia opisanie III, przetrwanie
Zejście do podziemnego miasta tylu
nieznającym prawdy, o tamtym miejscu i obowiązujących tam zasadach, (bo brak zasad też jest
zasadą), trafiało tam z własnej woli i tylko najsilniejsi przeżywali. Ci
potrafiący się dostosować do innych, do wszechogarniającej obojętności, dlatego
brat stawał przeciwko bratu, dla okrucha czerstwego chleba, albo dla pary
znalezionych onucy.
Wielu ginęło, innych pochłaniał
mrok, jeszcze inni stali się więźniami tych co zeszli na dół w poszukiwaniu
władzy i nie zostali jeszcze stłumieni.
Młodzi systemowo wchodzili do
podziemia od północny miasta gdzie, oczyszczone bądź nie, ścieki kanalizacyjne
trafiały do rzeki. Tam też przeważnie znajdowały się siedliska handlarzy żywym
towarem, pozwalali zapuścić się ochotnikom w ciemności gdzie wychwytywali ich i
w zależności od pożyteczności przeznaczali do różnych celów. Większość trafiało
do nielegalnych obozów pracy, gdzie produkowano narkotyki oraz broń. Tam pod
przymusem wykonywali powierzone zadania, w przeciwnym razie kończyli w miejscu,
z którego przybyli, tyle że nogami do góry.
Tym, którzy okazali się bystrzejsi,
bądź zaczerpnęli zawczasu rady, przygotowywali się na ewentualność ataku, bądź
napływali pod powierzchnie od innych stron, mniej atrakcyjnych, mniej znanych i
popularnych. Tak by nie stać się łatwym łupem dla kapturowych piratów.
Tylko co poniektórzy pozostawali
przy życiu po pierwszym miesiącu. Organizm musiał przyzwyczaić się do niezwykle
niesterylnego, wilgotnego otoczenia gdzie nawet najzwyklejsza rana mogła
przerodzić się w poważne zakażenie doprowadzając do chorób, amputacji, bądź w
ekstremalnych wypadkach, nawet do zgonu.
Zgony to kolejny problem podziemia,
tu nikt nie dowie się kim byłeś. Jeżeli umarłaś to jedynymi czyścicielami
stawały się szczury oraz inne odrażające gryzonie. Potrafiły w ciągu doby
oskubać rosłego mężczyznę do kości rozrywając na strzępy dobytek i pozostawiając
czysty szkielet.
Straszna rzeczywistość, lecz z
reguły sami się na nią decydowali.
Pod zatłoczonymi chodnikami,
sterylnymi mieszkaniami i czystymi ubraniami, znajdował się kolejny świat.
Świat spowity w mroku, śmierdzący potem, nieczystościami i wilgocią, gdzie nie
zdążało się napotkać porządku w jego prawdziwej postaci. Nowi po przez zapach
byli rozpoznawani, brudny to mieszkaniec, czysty turysta.
Śmierdzącymi nikt się nie
interesował, jednak ci niesplamieni jeszcze otoczeniem, stawali się szkiełkami
w oku u wybranych. Kobiety legły do takich, to był plus (jeżeli miało się duży
dystans do warunków podczas stosunku), jednak przeważał to wielki minus…
zostawali namierzanie przez nielubiących, bądź chcących wykorzystać, nowych.
**
Zbliżała
się noc, a Writerowi nie upodobało się nocne spacerowanie po ulicach wielkiej
metropolii z całym swoim dobytkiem w kieszeniach. Musiał jeszcze przed zmrokiem
znaleźć względnie tani i bezpieczny motel, albo hotel, w celu spędzenia w nim
nocy oraz porannego wymarszu, dokończenia niezakończonego w mieście swojego
dzieciństwa i ruszyć przed siebie gdzie nikt go nigdy nie znajdzie, dopóty nie
zachce zostać odnalezionym.
-
I na chuj to wszystko, skoro i tak muszę znowu gdzieś się przespać? – popatrzył
w kierunku zegar atomowego na wieży jakiegoś biurowca z godziną, na przemian
wyświetlaną, wraz z datą – Jutro już mnie tu powinno nie być… wszystko na
ostatnią chwilę, jełopie – denerwował się sam na siebie sięgając po kolejnego
przyjaciela, już ostatniego.
Zapalił
popatrzywszy jeszcze raz na datę. „30.11”
-
Jasna cholera – pokazała się godzina, a on zobaczył punkt dwudziestą, zrobiło
się już ciemno, a on wciąż nie posiadał bezpiecznego spania, w którym nie
napadnie go banda rzezimieszków zatrudnionych przez właściciela, w celu
zwiększenia dochodu, kosztem jednego z klientów.
**
Korzystając
z karty komunikacji miejskiej spenetrował połowę miasta w poszukiwaniu wolnego
miejsca noclegowego dla kogoś takiego jak on. Dopiero w okolicach godziny
dwudziestej dostał wolny pokój w motelu „Julianna” w spokojnej dzielnicy na
północ miasta, kilka kilometrów do obwodnicy, miał przynajmniej stamtąd
niedaleko do jutrzejszego celu.
Dostał
jednoosobowy pokój na piętrze, z własną toaletą oraz ciepłą wodą.
W
recepcji urzędował pięćdziesięcioletni, otyły mężczyzna z łysiną. Siedział na
wysłużonych krześle obrotowym na kółkach, przy lekko brudnej ladzie i
przewracał kolejne strony starej, wypożyczonej w rejonowej bibliotece, książki.
W pomieszczeniu obok, nazwanym przez właściciela pokojem do relaksacji, siedziało kilku młodych ludzi zajętych sobą,
leżała na kanapie także skośnooka kobieta o głowę niższa od Pisarz, a o parę
lat starsza.
Nie
był jednak nikt zainteresowany nowymi znajomościami, tak samo jak Pisarzyna,
zresztą.
Kiedy
wszedł do pokoju pierwszym krokiem obowiązkowym to zamknięcie się na klucz.
Następnie zdjęcie całego okucia wierzchniego zostając w samej koszuli i
spodniach uwierających jego skurczone, od zimna, genitalia z powodu braku
bielizny. Zasłonić okna i rozebrać się do naga, skierować prosto do łazienki
zabierając ze sobą torbę z przedmiotami zakupionymi w sklepie w trakcie podróży
wieczornej, w poszukiwaniu wolnego pokoju do spędzenia nocy.
Postawił
siatkę na toalecie, otworzył drzwiczki prowadzące pod prysznica i wszedł do
środka. Postał chwilę wpatrując się w pokrętło regulujące temperaturę i
odkręcił.
Poleciała
lodowata woda, która po dłuższej chwili oczekiwania zamieniła się w strumień
przyjemnego, ciepłego płynu obmywającego jego zmęczone ciało. Nie ruszał się
spod natrysku przez dobrą godzinę marnując hektolitry wody. Przez ten czas zdążył wielokrotnie obmyć
ciało płynem zakupionym wcześniej.
W
środku nocy skończył kojący oraz odprężający prysznic.
-
Już widzę wczesne wstawanie – patrząc w mrok nocy przez zasłonięty lufcik.
Skierował
się przez zaparowane lustro, przetarł ręką odsłaniając jego zaniedbane oblicze.
Wyciągnął z torby kolejne przedmioty – żyletkę jednorazowego użycia oraz piankę
do golenia. Ustawił obok siebie na umywalce i spojrzał w odbicie.
-
A może nie będę tego golił jeszcze? – pytał sam siebie przecierając zarost –
wtopię się w otoczenie, a tutaj kto na mnie patrzy? No i wyglądam inaczej niż
normalnie. – przyglądał się sobie – Pierdolę, idę spać.
I
rzeczywiście jak powiedział, tak zrobił.
Nagi,
czysty po długim relaksie pod gorącą wodą spoczął w pojedynczym, wygodnym łóżku
w motelu „Julianna”. Między mrokami, cieniami oraz blaskiem latarni
dobiegającym od ulicy.
Usnął.
**
Przed
oczami stanęło mu wielkie miasto oddalone od niego wiekami w przeszłość oraz
mieszczące się daleko na wschodzie globu. Niskie, kredowe, rozpadające się
budynki. Wielkie targowiska przy każdej z większych ulic. Kupcy przekrzykujący
się z potencjalnymi nabywcami o ostateczną cenę. Owoce, warzywa, zwierzęta,
odzież, skóry, futra, drogie tkaniny, barwniki, przyprawy. Tysiące małych
straganików, a przy każdym otyły mężczyzna w turbanie, z brodą oraz w
kolorowych szatach. Jedni w bardziej tradycyjnych ubraniach, inni wyglądali jak
przybysze z innych krain, co poniektórzy mieszali jedno z drugim tworząc
kompletnie nowe kompozycje.
Po
ulicach przewijały się dziesiątki tysięcy ludzi. Kobiety, mężczyźni, dzieci.
Bogaci, biedni. Uczciwi, oszuści. Przyzwoici oraz ci lekkich obyczajów.
Wiele
profesji pod jedną opatrznością. Kupcy, robotnicy, płatnerze, zbrojmistrzowie,
jubilerzy, dziwki, złodzieje oraz zabójcy.
Na
ulicach roiło się od strażników miejskich pod bronią, jedni bardziej, inni
słabiej uzbrojeni (i wyszkoleni), patrolowali niebezpieczne ulice wielkiego
miasta starając się zapobiec burdom i awanturom.
Nie
wysokie kamienne budynki przebijane były przez nieco wyższe wierze widokowe, na
których stacjonowali kolejni strażnic.
Aleje
nie stanowiły jednak mimo starań bezpiecznego otoczenia, wystarczyło nie
obejrzeć się za siebie w odpowiednim momencie, a mogło strać się cały dobytek,
jak nie największą wartość – życie.
W
samej metropolii, jak to w wielkich ośrodkach bytu ludzi, znajdowały się
bardziej mniej zamożne dzielnice. Tak i tutaj stały domy, które zdobione
kolorami pokazywały zamożność rodu zamieszkującego wnętrze, ale za to
kilkadziesiąt alejek dalej wznosiły się rozpadające już chaty, gdzie mieszkało
po dziesięć, piętnaście osób niemających co wrzucić do garnka i co ugotować
dzieciom na strawę poranną. Chodzili po ulicach błagając o niewielką pomoc ze
strony, tych którym powiodło się w życiu i mieli możliwość wyzbycia się z kilku
nędznych miedziaków, które ratowałyby dzień najbiedniejszym. Jednak ci ubodzy
zawsze potrafili świecić przykładem dla zamożnych pokazując jak cieszyć się z
najmniejszych rzeczy, kiedy tamci mając mnóstwo czasu oraz pieniędzy nie byli w
stanie uszczęśliwić swych dusz.
Miasto
miało także swoje koszary, twierdze i wewnętrze fortyfikacje wojskowe
niedostępne dla plebsu, w których murach działy się przeróżne dozwolone (i
niedozwolone) czynności. Szkolenia żołnierzy mających zasilić kolejne wyprawy
zbrojne przeciw innowiercom, wytwarzanie kolejnych pancerzy w tempie
ekspresowym, ale także w lochach więzieni byli winni, bądź niewinni, poddawani
strasznym zabiegom. Same warunki w jakich egzystowali pozostawiało wiele do
życzenia, ale na domiar tego, codzienna chłosta, przypalanie, brak regularnego
posiłku, drwiny, poniżenie. Tortury, zniesławienie, bądź najłatwiejsza do
osiągnięcia – śmierć.
Ale
tam gdzie zło, zawsze było, jest i będzie dobro.
Znajdowały
się w grodzie miejsca gdzie ludzie po zapadnięciu zmroku oddawali się sportowi
znanemu od zarania dziejów, mężczyzna i kobieta połączeni węzłem przyrzeczenia
okazywali swe uczucia nie tylko w formie słów, gestów, miłości mentalnej. Wtedy
nadchodził czas na drapieżność, na pożądanie, chęć okazania swych emocji drogą
płciową, poprzez połączenie ciał. Oddawali się sobie przeciwstawiając razem
trudnościom, godząc się po dziennych kłótniach wywołanych problemami w życiu
codziennym.
Miasto
żyło. Jak ludzie przepełnione było bólem, cierpieniem i nienawiścią, radością,
zaufaniem i miłością.
**
Obudził
się z przyjemnego snu. Wiedział jaka jest jego droga do prawdziwej wolności i
zamierzał nią podążyć, mimo przeciwnościom losu.
XV – Podziemie / Podziemia
Tłocząca
się masa schodziła i wchodziła do tunelu, młody mężczyzna w modnej fryzurze i
planowanym zarostem, w czarnej eleganckiej kurtce, z torbą na komputer na
ramieniu wyrzucał właśnie w połowie nie dopalonego papierosa na wilgotne,
kamienne schody.
Drobna,
szczuplutka panna w wieku dziewiętnastu, może dwudziestu lat dopiero zapalała
cienki rulonik z nabitą do wewnątrz machorką. W intensywnej czerwieni od góry
do dołu znacznie wyróżniała się z tłumu, w wysokich, krwistych kozakach na
śmigłym obcasie ostrożnie stąpała między kałużami w środku słabo oświetlonego
tunelu.
Niezaspokojeni
mężczyźni podpierający kafelkowe ściany uważnie obserwowali zgrabne ruchy jej
drobnych pośladków opinanych przez czerwoną suknię. Zagadywali do siebie
nawzajem by podzielić się swoimi erotycznymi myślami o przechodzącej kobiecie,
pociągali tanie papierosy i popijali szczynami pospolicie zwanymi tanim piwem.
Pod
ścianą nieopodal na małym krzesełku siedział z gitarą mężczyzna w długich,
płowych i falowanych włosach z kolczykiem we brwi. Miał ogromne usta z
szerokimi wargami, przez które wydobywał się piękny, basowy głos śpiewający
poetyckie piosenki artysty z przed wielu lat, sławionego do dzisiaj, jednak
zapomnianego przez masę popularności, przez mas media oraz tych których sztuka
interesuje tyle co zeszłoroczny śnieg. Szarpał wysłużone struny wypracowanego
instrumentu z prędkością niesamowicie szybką, nie wielu artystów potrafi w
takim tempie pociągać za cięciwy by wydobyć tak czysty i dynamiczny dźwięk,
połączony z niesamowitym męskim głosem.
Kobieta
w czerwonym zatrzymała się przed nim, zajrzała do torebki i wyciągnęła banknot
o nie niewielkim nominale i kucając tak by nie odsłaniać swych ud oraz bardziej
skrytych partii ciała wrzuciła mu do pokrowca, w którym zbierał pieniądze.
Uśmiechnęła się i poczekała chwilę.
-
Dziękuję – wyrwało się stłumionym głosem między kolejnymi słowami piosenki,
Ruszyła
dalej przed siebie zostawiając grajka w swoim świecie, gdzie zapraszał
przechodniów wsłuchujących się w jego artyzm.
W
podziemiu pojawił się ubrany w luźne spodnie mężczyzna z papierosem w ustach i
czarnej kurtce, przeskakiwał z nogi na nogę mijając szybko blokujących
przejście ludzi tłoczących się w kierunku wejścia do poziemnej kolei. Szybko
przechodząc nie zważał na otoczenie dopóki nie usłyszał wokalu ulicznego
grajka. Popatrzył mu w oczy, znał go skądś, nie mógł jednak przypomnieć sobie
kompletnie skąd, wrzucił mu papierosa z paczki i ruszył dalej bo ścierpłe, bose
stopy dawały znać o sobie coraz bardziej. Zaczął biec uważając przy tym by nie
poślizgnąć się na zlodowaciałych kamieniach i nie zabić się na półmetku swojej
trudnej drogi odwroty.
**
Pisarz
wbiegł na teren sklepu zwracając na siebie uwagę połowy znajdujących się w
środku zjadaczy chleba. Popatrzyli się na dziwacznego osobnika bez butów po
czym wrócili do swoich zakupów nie interesując się nim dalej, ochrona stała się
uważna i z ukrycia śledziła poczynania nowoprzybyłego klienta.
Nie
zważał jednak na nastawienie obsługi i przemieścił się w głąb salonu w
poszukiwaniu męskiego działu, a w nim butów zimowych. Mijał niskie regały z
ułożonych jednakowo pudełkami z obuwiem wewnątrz. Eleganckie, codzienne,
wyjściowe, modne, stylowe, damskie, dziecięce, a na szarym końcu, męskie buty.
Niewielkie stanowisko z zimowymi butami. Kilkanaście modeli na krzyż w tym
kwarta sportowych, bądź nienadających się do wyjścia na dwór. Jednak
interesujący go model z ocieplanym wnętrzem znajdował się w zakresie jego
funduszy. Sam w sobie model nie wydał mu się specjalnie interesujący jednak w tym
momencie istotna była jedynie funkcjonalność, a przez pogodę na powierzchni
ogrzewanie stanowiło czołowy argument w wyborze akurat tej pary.
Kiedy
rozsiadł się na niewielkiej kanapie w celu obejrzenia poharatanych stóp
podeszła do niego ekspedientka:
-
Dzień dobry – przywitała się, fałszywie, kurtuazyjnie do zdecydowanego klienta
– W czym mogę pomóc?
-
Macie może jakieś skarpetki do przymierzania butów? – zapytał bezpośrednio nie
odwracając uwagi od zlodowaciałych palców.
Starał
się pobudzić w nich krążenie masując energicznie obiema rękoma.
Po
chwili zastanowienia kobieta odpowiedziała mu:
-
Mamy na dziale damskim.
-
A mogłaby mi panie przynieść, bo nie chciałbym przymierzać obuwia na boso –
odwrócił oczy na sprzedawczynie i
uśmiechnął się.
-Mogłabym
– odpowiedziała mu niska, w średnim wieku, pomarszczona blondynka o krótkich,
stylizowanych włosach z nadmiarem różowej szminki na ustach i zniknęła między
regałami.
Nie
patrzył gdzie, pochłonięty był rozgrzewaniem własnego ciała, kamienne kafelki
szpitala oraz śnieg na ulicach nie wpływał na zdrowie kończyn, a co gdy mówimy
o bosych nogach przy temperaturze minusowej.
Ułożył
prawą, dolną kończynę na kolanie, czarnym od brudu podbiciem do góry i pocierał
rytmicznie oboma kciukami do zewnątrz, poczynając od poduszki przechodząc do
poszczególnych palców, a kończąc na śródstopiu. Po tym zabiegu zrobił dokładnie
to samo z drugą, kiedy poczuł się nieco lepiej starał się nie utrzymywać
długiego kontaktu między podłogą, a nagą skórą.
Po
chwili powróciła ekspedientka, z oddali nieśmiało przyglądał się jemu ten sam
ochroniarz, który znajdował się przy wejściu kiedy to wbiegał do salonu
obuwianego.
-
Proszę bardzo – podała mu z obrzydzeniem w oczach – Jak, pan, prosił.
-
Dziękuję.
Kobieta
odsunęła się kawałek od niego zachowując dystans jednak patrząc na jego ruchy.
Złapał
zwinięte w kulkę skarpetki po czym rozwijając wziął w ręce jedną sztukę,
rozciągnął, przetarł stopę z piachu i wciągnął, identycznie postąpił z drugą.
Stanął
teraz wygodnie na obu nogach i przeszedł w poszukiwaniu odpowiedniego rozmiaru,
zlokalizował pion pod wystawą z oczekiwanym obuwiem i kucając z trudem zaczął
przemieszczać się palcem wskazującym po rozmiarach butów. Postukał dwa razy w
odpowiednie pudełko po czym z samego dnia wyciągnął obniżając poziom o wartość
wysokości jednego pojemnika całą konstrukcję.
Usiadł
z powrotem na miejscu i przyjrzał się raz jeszcze butom.
-
Jak się nie ma co się nosi, to się nosi co się ma… albo będzie mieć w tym
przypadku.
Włożył
oba na siebie. Powstał i rozejrzał się za lustrem, bawełna od środka ogrzewała
ciało, przy samej ścianie stało wysokie pochylone zwierciadło w kierunku,
którego udał się w celu rozpatrzenia kwestii estetycznych jego nowego wizażu.
Przejrzał się z jednej strony, z drugiej przerzucił wzrokiem marnując kolejne
cenne minuty jakie powinien wykorzystać na oddalenie się jak najdalej od
Stolicy.
-
Jak pół dupy bez krzaka – skomentował swój wygląd – spierdalam, zanim ktoś mnie
przyuważy, i jeszcze te pekaesy trzeba zgolić – zażartował mówiąc o niechlujnym
zaroście.
Spakował
buty do pojemnika, materiał izolujący włożył w kieszeń i po zimnej, brudnej
posadzce powędrował prosto do kasy, a za nim dyskretny ochroniarz. Przy stanowiskach płatniczych znajdowały się
duże kosze z akcesoriami, między innymi właśnie grube skarpety, pierwsze co
zrobił to chwycił jedną parę, potem spojrzał na cenę. Liczył na to, że na
wszystko mu wystarczy i nie będzie musiał się tłumaczyć, ani odkładać
poszczególnych artykułów.
Przed
nim znajdowała się wypachniona, młoda brunetka w białym futrze do kolan,
trzymająca pod ręką firmową torebkę, w drugiej wielką saszetkę przypominającą
portmonetkę, blisko niej trzymała się malutka dziewczynka, wtulona w ciepło
pozwierzęcego okrycia.
Kolejka
przemieszczała się makabrycznie wolno, robiło mu się na nowo zimno w nogi, a
gorąco w środku.
-
Mamo, mamo – dziewczynka ożywiła się – czemu ten pan nie ma butów?
Kobieta
spojrzała się na jego gołe stopy i z obrzydzeniem schowała dziecko pod śnieżne
okrycie nie udzielając słownej odpowiedzi.
-
Mamo… - maleństwo nie ustępowało
-
Cichaj.
-
Mamo… - niezadowolona ciągnęła.
-
Powiedziałam! – matka zdecydowanie zabroniła kontynuacji dialogu na temat
nagości mężczyzny.
**
Po
oczekiwaniu na swój zakup zdążyły mu na nowo przemarznąć kończyny, jednak
cieszył się, że cały ten koszmar niebawem się skończy musiał tylko zapłacić za
oba towary.
Według
wyliczeń powinno pozostać mu jeszcze trochę gotówki na później.
-
Dzień dobry. – odezwała się kasjerka, zabierając od niego karton.
-
Dzień dobry. – odpowiedział.
Kobieta
przeskanowała kod kreskowy, zajrzała do środka, poprawiła ułożenie i poprosiła
o gotówkę.
-
Sto pięćdziesiąt dziewięć, poproszę – wyczytała z ekranu komputera.
Podał
jej oba banknoty i patrząc w głębokie, zielone oczka starał się nie sprawić
złego wrażenia swoim opłakanym wyglądem. Jednak kobieta nie okazywała
najmniejszego zainteresowania, bezemocjonalnie wykonywała swoją pracę.
-
Dziękujemy i zapraszamy ponownie – zapakowała w dużą torbę z równie wielkim
znakiem firmowym sklepu i posunęła ją w stronę klienta, patrząc i zaczynając
rozmowę z następnym kupującym.
Chwycił
zakupy i skierował się do najbliższej sofy w celu nałożenia w końcu na siebie
butów po które wystał się tyle w kolejce.
*** ew.
zakończenie ***
Uczucie
jakiego doznał idąc spokojnie podziemnymi tunelami miasta w ciepłych zimowych
butach z grubymi grzejącymi go skarpetami oraz z dobrej jakości palącym się
tytoniem przy sobie było trudne do opisania, bowiem mieszała się radość, duma
oraz odrobina ekscytacja całym tym zajściem.
Przemierzał
mroki podziemi w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Miejsca, w którym zacznie
się jego podróż do wolności.
***
Podziemi opisanie I, podrozdział, bądź wtrącenie, ew. coś innego,
dziwnego
Miejskie podziemia to sieć tuneli
znajdujących się na różnej wysokości poniżej poziomu miasta, połączonych ze
sobą dziesiątkami stacji kolei złączonych w sieć transportu, w pewnym sensie
stwierdzenie o podziemnym miejcie słusznym okazywało się z wyjątkiem mieszkań.
Tutaj mieszkali bezdomni, więc to do nich należał owe miejsce jednak za dnia
korzystali z niego ludzie żyjący w sposób przyjęty za normalny. Lokatorzy
skryli się w mrokach tuneli oczekując zamknięcia obszaru na noc, wtedy
wychodzili i zaczynali własny żywot pozbawiony wygód i czystości, jednak
cieszyli się, że mają co zjeść, przy czym się ogrzać. Szczęście dawało im
mijanie czasu poświęcanego siebie samym, bliskim oraz na zwykłą rozmowę z
drogimi im osobnikami.
Dla postronnych wyglądało to
surrealistycznie jednak oni nie zostali zmuszeni do przeniesienia się w
ciemność i życia jak wyrzutem, a przynajmniej w większości, na pewno znalazł
się między nimi ktoś komu się nie poszczęściło, kto uciekał przed kimś i tam
właśnie znaleźć mógł najlepszą kryjówkę. Kto szukałby między tysiącami
zarośniętych, niedokładnie umytych, z różnymi chorobami włóczęgów byłego
biznesmena, bądź nauczyciela Uniwersytetu Generalnego? Jeżeli pragnąłbyś
zniknąć ze świata, tam znalazłbyś dokonałby kamuflaży, nie zawsze jednak
bezpiecznego…
**
Płacił
właśnie za ogromnego, zawijanego w cienkie ciasto, z ostrym sosem i baraniną
kebab za jedną piątą pozostałej mu gotówki, po zakupie wciąż sprawiających mu
radość butów. Posiadywał sobie przy niewielkim okrągłym stoliczku z ciepłym,
smacznym posiłkiem w dłoni. Uwielbiał takie szybkie jedzenie, spoglądał na
nienapoczęte jeszcze ciasto, a w ustach robiło mu się wilgotno, w brzuchu
zaciskało się przez dobiegający go po przez nozdrza zapach.
Spojrzał
na tłum uciekający mu z przed oczy zza szyby lokalu. Cieszył się teraz chwilą,
już tutaj z trudnością komukolwiek udałoby się go zlokalizować pośród
dziesiątków pawilonów z tanią odzieżą, z elektroniką, ulicznych restauracji,
przydrożnych barów oraz straganów z prasą poranną oraz drobiazgami takimi jak
kolorowe czasopisma, bilety komunikacyjne oraz inne przydatne w biegu artykuły.
Znajdował
się już na drugim końcu miasta w tunelach pod najstarszą z dzielnic. Owe
korytarze także nie należały do jedynych z najnowszych i najbardziej zadbanych,
dochodziło tu do większej ilości kradzieży, napadów oraz przypadkowych
incydentów niż w innych obszarach masowego zaludnienia.
Spoglądał
na młodszych, starszych, ładniejszych i brzydszych osobników przeciwnej jemu
płci zajadając się w spokoju i z ochotą zagranicznemu wynalazku zawiniętym
szczelnie w cienkie ciasto. Delektował się powolnie jakby nie miał nic w ustach
od dawna, i niewiele różniło się to od rzeczywistości bowiem od kiedy został
przywieziony do kliniki pokarm podawano mu poprzez kroplówkę, wszystkie
wartości odżywcze potrzebne do przeżycia jego z wegetowanemu organizmowi.
Wychudł, to zauważył już w pierwszej chwili, jednak wcześniej był bardziej
przejęty aktualną sytuacją, niż ubytkiem na wadze.
Znajdował
się już blisko celu, jednak oczekiwał odpowiedniego momentu, by zniknąć, nie mógł po prostu wsiąść do pociągu
i opuścić miasta, mimo iż wydawało się to, z pozoru, łatwym do osiągnięcia. Dla
osoby nieznającej polityki miejskiego życia tak mogło się ubzdurać, jednak
rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Gangi uliczne, wielkie korporacje,
służby militarne kontrolowały i rejestrowały ruchy każdego członka regionu,
potajemnie oczywiście, dlatego aby, po cichu, opuścić obszar Stolicy musiał
postarać się nieco bardziej, bowiem nie podobało mu się by ktokolwiek podążył
jego tropem. Wolał zniknąć bez śladu. Niech dziwne zachowanie w sklepie
obuwniczym pozostanie jedyną szramą w jego pogoni za wolnością.
**
Po
długim, sycącym posiłku postanowił wziąć się za składowe planu.
Potrzebne
było mu udanie się do miejsc, gdzie wielu już zapomniało o jego istnieniu, a ci
którzy wciąż pamiętali starali się zapomnieć. Niezbędnie musiał udać się
zarówno do obszarów zakazanych, gdzie żyją odstępcy, oraz do punktów dla
szaraków zwyczajnych.
-
Koniec opierdalania się – powiedział do siebie wkładając dwunastego z paczki
papierosa do ust – Czas się robotą zająć – skorzystał z ogniotwórczego
instrumentu – i zwiewać nim zaczną obławy za mną puszczać.
Ruszył
wzdłuż korytarza przepełnionego identycznymi postaciami.
-
I ogoliłbym te brodę bo wyglądam jak pół dupy zza krzaka – skomentował
zauważając w kałuży swoje odbicie – tyle, że krzaka nawet nie mamy.
XIV – Ucieczka / Zwrot / Adresat
Starsza
kobieta z makulaturą i książką stała w nadziei na nawrócenie się pisarza.
Patrzyła się z przejęciem na identyczne drzwi (jak te do doku, jaki właśnie
opuściła), które znajdowały się za nią z wulgarnym, desperacko umieszczonym
stwierdzeniem: „pierdolę cię”.
Jednak,
gdy usłyszała kolejne ostre słowo dobiegające zza ściany ruszyła w prawo, skąd
przyszła.
Dreptała
przed siebie wolnym krokiem do kolejnego podłużnego pomieszczania, w którym tym
razem miały znaleźć się dwie windy. Jedna towarowo osobowa, druga zwyczajnie
pasażerska.
Mijała
kolejne wejścia do mieszkań kolejnych nieznajomych prawdy uczestników tłumu.
Szeptała
słowa modlitwy w rytm bicia serca oraz stawianych, albo raczej suwanych nóg o
podłogę.
Wpadała
w trans, przemierzała niedługi korytarz w tak powolnym tempie, że wydać się
mogło to surrealistyczne, ale ona tam naprawdę była. Prawdą było iż stąpała
krok za krokiem, wymawiając rytmicznie Słowo za Słowem, wielbiąc przy tym jej
Pana, Pana nad panami. Nie wypowiadała jednakże jego imienia, pozostawał on
bezimiennym.
Może
posiadał nazw tyle, ile wierzących w Niego ludzi na świecie? Może tyle co
żyjących – praktykujących i niepraktykujących?
Z
prostopadłego korytarza wyszedł młody mężczyzna w cienkiej kurtce, czapce z
daszkiem i torbą na ramieniu. W dłoni trzymał plastikową teczkę z przypiętymi
kartkami papieru, na których widniały nazwiska i adresy, oraz odręczne podpisy.
Na jednej ze stron dało się zobaczyć nawet nazwisko Pisarza, a także jego miejsce
zamieszkania, jednak bez sygnatury.
Wysoki
osobnik w długich blond włosach spiętych w kucyk przeszedł mijając zajmującą
połowę przejścia kobietę z pożałowaniem, a nawet odrobiną strachu. Wypatrzył
numer lokalu po czym przygotował odpowiednią kopertę i zadzwonił. Popatrzył
jeszcze raz na staruszkę, która wciąż ze swoją zabójczą prędkością zmierzała do
windy.
**
Dzwonek
do drzwi rozbrzmiał znowu.
Writer
poderwał się na równe nogi i z impetem otworzył drzwi.
-
Czego!? – zapytał bulwersując się i płosząc listonosza.
-
Ja, ja… - nie wiedział co odpowiedzieć na taki atak ze strony mieszkańca –
jestem… listonoszem.
Uspokoił
się.
-
Przepraszam… - spuścił głowę spuszczając z tony by porozmawiać w sposób
normalny.
-
Ciężki poranek?
-
Tak… - przełknął ślinę wpuszczając kuriera do wewnątrz, ten jednak odmówił –
…tak jakby…
Doręczyciel
spojrzał się raz jeszcze w kierunku wind i zdziwił się nagłym zniknięciem
powolnej kobiety, przetarł oczy i powrócił myślami do odbiorcy.
-
Mam przesyłkę. – oznajmił – od pana… A.D. von Bieluch, dobrze? – nie będąc
pewnym.
-
Tak, tak, masz fajka?
-
Mam – wyciągnął z tylnej kieszeni spodni paczkę tanich, w niebieskiej paczce,
papierosów i podał otwartą do pisarza.
-
Dzięki. – wyjął jednego – Potworny dzień.
-
Nie pierwszy i nie ostatni – uśmiechnął się delikatnie – Wracając do zamówienia
– powrócił na właściwe tory – oto dokument do podpisania jako potwierdzenie
odbioru.
Podał
mu dużą, kwadratową przesyłkę w brązowej kopercie.
Pisarz
dla pewności otworzył pakunek bez zwłoki i wyjął gruby zeszyt tego samego
formatu co opakowanie. Przewertował sprawdzając zawartość.
Teraz
już bez problemowo mógł kontynuować powieść, bądź udać się na długo planowane
wakacje.
Patrz do góry! – usłyszał w głowie.
Znów
zaczynał się denerwować
Wolność, której nie zapomnisz! – myśl nie przerywała.
Na
nowo popadał w paranoję.
Pomyśl, czy jesteśmy wolni! – słowa płynęły w jego głowie
Zaczynał
odczuwać ogólne osłabienie i niechęć.
Tak blisko nigdy nie był nikt… - po wypowiedzeniu ostatniego
wyrazu, atak psychotyczny ustąpił.
-
Wszystko w porządku? – dobiegał go inny głos, tym razem ludzki, tłumiony i nie
wyraźny –Proszę pana – odczuł dotyk na ramieniu.
Spojrzał
na kuriera, który mówił do niego, a on nie słyszał. Świat mu wirował, a może to
on upadał nie czując tego?
**
-
Proszę pana! – krzyczał – Proszę pana! – powtarzał.
Rzucając
długopis złapał go za ramię i potrząsając nawoływał mdlejącego adresata do
podtrzymania świadomości.
Odbiorca,
jednej z wielu przesyłek, zemdlał.
Dopadła
go panika, którą z szybka opanował i doszedł do wniosku, że zrobić musi co mu
nakazywał obowiązek obywatelski i umiejętności pierwszej pomocy nabyte dawno
temu jako pionier.
**
Opadł
z sił.
Na
mokrej podłodze w mieszaninie śniegu i piachu leżał nieprzytomny Pisarz nie
mający pojęcia co się z nim teraz dzieje.
Pamiętał
ostatnie słowa, o tym że jest blisko.
Blisko
czego?
Zakończenia,
podróży do wolności? A może życia?
Tyle
pytań bez odpowiedzi, tyle problematycznych problemów. Nasza generacja odczuje silny ból metafizyczny. I to zdanie kłębiące
się od lat, będące także kluczem do wielu drzwi. Nie wiadomo skąd pojawiło się,
i pewien nie jest, jak szybko zniknęło.
Oraz
powróciło…
A
wraz z nim cała masa nowych Weno twórczych słów… Musiał pisać!
Musiał
tworzyć nowe wyrazy. Składać je w zdania, a zdania w rozdziały!
Nie
istotne o czym!
O
nowym, nie przebytym, nie poznanym i nie znalezionym.
Musiał
słowami zaznaczyć białe punkty na mapie.
Mapie
czego? Życia? Świata? A może świadomości?
Tyle
pytań, tak mało odpowiedzi.
Była
jedna.
Porzucenie.
Porzucenie domu, porzucenie pieniędzy.
Odjazd.
Wyjazd. Zanik siebie samego…
**
-
Proszę pana! – dobiegał go męski pogłos.
Ciemność,
a może jasność otaczała go, widniała wszędzie biel.
Na
około widział białe światło i sylwetki ludzi tak samo ubranych, nie wiedział co
się dzieje, ani co się stało i dlaczego znalazł się przypięty do łóżka pasami,
a dookoła niego przemieszczają się postacie w kredowych kiltach i wołają go po
imieniu.
Skąd
jego imię znają nieznani mu osobnicy?
Otworzył
szeroko oczy.
Był
w małym pomieszczeniu, a na około biegali mężczyźni, i chyba jedna kobieta, nie
pewność pozostawiał brak wykształconego gruczołu powodującego wzrost piersi.
Wypowiedział
kilka słów na jakie starczyło mu sił:
-
Co ja tu robię? – pytanie stało się retorycznym, gdyż nikt go nie usłyszał, a
szkoda.
Znowu
usnął.
**
Obudził
się na dobre dwudziestego szóstego listopada bieżącego roku, w którym
przepowiedziano definitywne zakończenie się ludzkiego panowania nad galaktyką,
nie przesadzajmy, nad globem.
Minął
kawał czasu nim odzyskał przytomność. Leżał na oddziale w sektorowym szpitalu
nie tak daleko jego zamieszkania.
Oszołomienie
sprawiło, że wciąż czuł się niczym w śnie.
Leżał
sam w sali, jego łóżko, on przypięty do kroplówki, oraz osobnik w garniturze.
Krótko
obcięty z blizną pod okiem, prawym.
Opierał
się złożonymi dłońmi o kolana. Wpatrywał się w podłogę nie zwracając uwagi na
przebudzenie pacjenta.
A
jednak…
-
Panie Pisarzu. – zaczął – Niedługo minie miesiąc, a my nie dostaliśmy, ani
jednego nowego słowa do… - patrzył w górę zastanawiając się sztucznie nad
doborem wyrazu - … naszej kolekcji.
Uśmiechnął
się.
-
Jaki mamy dzień?
-
Poniedziałek. – odpowiedział szybko jakby znając pytanie.
-
Data…
-
Dwudziesty szósty listopad.
-
Listopada…
-
Słucham?
-
Listopada, mówi się listopada. – poprawił zaskoczonego agenta – Odmiana przez
przypadki…
-
Nie istotne, nadal nie dotrzymał pan swojej części umowy, kiedy myśmy wpłacili
zaliczkę – To tak, za to co napisałem, zatem – dyplomował – jesteśmy kwita.
-
Ale to tak nie działa, panie Pisarzu – nachylił się nad nim – przyjmujesz
fragment, oczekujemy przyjęcia całości. W zamian za to co dostaniemy my – dodał
– oczywiście.
-
Możecie wziąć sobie resztę historii, którą zacząłem, nie potrzebuję jej, nie
jest skończona, ale i nie zostanie. Na pewno nie teraz. – uświadomił –
Wyjeżdżam i szybko nie wracam.
-
Tak? A to niby gdzie?
-
Daleko – odpowiedział oględnie – a gdzie, to nie twój interes, do psiego
kutasa.
-
Fallusa to ty zostaw w spokoju – powiedział – masz cztery dni na dostarczenie
powieści.
-
Nie skończę jej! – wybuchnął przykuty do szpitalnego łoża.
-
Ależ skończysz. – postukał otwartą dłonią o ramę szpitalnej kozetki.
Usnął.
**
Ocucony
został delikatnym dotykiem młodej, jasnowłosej pielęgniarki. Ocierała mu twarz
ścierką nasączoną wodę.
Otworzył
ospałe oczy, ku zdziwieniu znajdował się w szpitalu, tym samym, w którym leżał podczas ostatniej pobudki.
Spostrzegł krzątającą się na około niego pomoc szpitalną, chciał zapytać ją
najwyraźniej o coś, lecz przez nienapojone gardło z trudem wydobył się dźwięk.
-
Siostro, – wychrypiał - … wody.
Ona
nienerwowo, lecz pośpiesznie opuściła pokój zostawiając misę oraz zanurzoną w
niej niedużą ścierkę. Pisarz doszedł do wniosku, że musiało minąć sporo czasu
od kiedy tu przyjechał, że tak trudno jest mu mówić, i wciąż zastanawiało go
ostatnie spotkanie z mężczyzną w czerni.
Kobieta
przyszła z powrotem wraz z dużą szklanką do połowy napełnioną wodą bez gazu.
-
Proszę – podała nie wypuszczając z dłoni naczynia – powoli – poinstruowała
oprzytomniałego i spokojnie przechylała
kubek wraz z tempem jego opróżniania.
Pacjentowi
po obu stronach pociekły równo dwie krople przecinając slalomem nieogoloną
twarz.
Głęboko
odetchnął gdy napój się skończył. Pragnął jeszcze jednak pomocy mu odmówiono, a
o ruszaniu się średnio myślał przykuty do łóżka bezsilnością mięśni nie
używanych od pewnego czasu.
-
Który dzisiaj mamy? – złapał za umykającą przed nim ręką.
Kobieta
miała zimną, delikatną, wybieloną skórę. Drobne dłonie z pomalowanymi,
taktownie długimi, paznokciami połyskującym, czerwonym lakierem.
Spojrzała
przestraszona, i wysokim, kobiecym głosem odpowiedziała:
-
Wtorek, dwudziestego siódmego listopada.
-
Dziękuję. Chciałbym się wypisać.
-
To nie możliwe – nie zwracając na dalsze uwagi pacjenta opuściła pojedynczą
salę pozostawiając go sam na sam z własną osobą uwięzioną w bezwładnym ciele.
**
Nie
był pewien co się dzieje, czemu tutaj jest, i co ma się stać.
Pewnym
stawało się iż najprawdopodobniej za kilka dni, a dokładniej za trzy, przyjdą
po niego i zażądają skończonej powieści, która leżała teraz w jego mieszkaniu,
o ile nie została skonfiskowana przez kuriera, jako że nie potwierdził on odbioru
podpisem.
Rozmyślał
nad wieloma opcjami dotyczącymi przyszłości, nieodległej przyszłości.
Bał
się.
Wydawało
mu się, iż jedynym rozsądnym wyjściem była ucieczka.
Ukrycie
się z dala od wszystkich.
Wiedział
gdzie chciał się udać.
I
wiedział także co ma dalej nastąpić.
Jednakże,
na przeszkodzie stało mu jedno.
Łóżko.
**
-
Dasz radę – sam przekonywał siebie starając się przesunąć obolałe nogi poza
obszar leżyska. Opuścił je na podłogę.
Ubrany
w szpitalne odzienie wyglądał komicznie, jasnoniebieska tunika zasłaniająca
ledwo pośladki.
Stanął
ostrożnie na podłodze obiema nogami podpierając się o szafkę postawioną przy
szpitalnej pryczy.
-
Doskonale – pochwalił własne postępy – a teraz spokojnie i bez gwałtownych
ruchów przed siebie…
Na
głos deklarował swoje postanowienia.
Nie
opierając się o nic stacjonował na giętkich nogach, przesunął nie odrywając
stopy od podłoża o krok do przodu, druga noga to samo.
-
Nie jest tak źle.
Starał
się teraz podnieść nieco poprzeczkę i przemieścić się uginając kolana. Poniósł
prawą kończynę na przód, zgiął i postawił.
Runął
na ziemię z całym sprzętem medycznym, który do niego podpięty został. Kroplówka
na kółkach zaturkotała o białe kafelki podłogi szpitalnej. Miernik pracy serca
z hukiem wylądował na podłodze, wydając równy dźwięk bo przypięte do niego
przyssawki mierzące funkcjonalność centrum krwioobiegu. Od razu zbiegła się
służba medyczna by obejrzeć nagie pośladki rozkraczonego mężczyzny próbującego
wstać z miejsca.
-
Ale i tak nie najgorzej jak na pierwszy raz – wytłumaczył się z twarzą na
zimnej podłodze.
-
Co pan robi! – lekarz dyżurny rzucił się na niego podnosząc ostrożnie pod
pachami – musi się pan oszczędzać.
Kiedy
już został położony z powrotem, a wszyscy, poza doktorem, opuścili
pomieszczenie rozmowa zaczęła się na nowo.
-
Czemu leżę tutaj prawie, że dwa tygodnie i ledwo co się ruszam?
-
Wciąż staramy się to ustalić… - z trudem wypowiedział te słowa medyk - … trafił
pan do nas nieprzytomny w karetce i od tego czasu nie dało nawiązać się,
żadnego kontaktu z panem.
-
Nie możliwe! – nie wierzył mu – A co z wczorajszą wizytą?
-
Jaką wizytą? Nikogo nie było.
-
Ależ oczywiście, wiem z kim rozmawiałem, wczoraj dwudziestego szóstego! Skąd
wiedziałbym o tym?
-
Poczekaj chwilę. – powiedział pokazując palcem i wychodząc.
Znów
został sam.
Lecz
nie na długo. Po kilku minutach wymierzonych na wiszącym zegarze po
przeciwległej stronie pokoju, wrócił doktor. Lekarz wpatrywał się na kartę
wizytatorów przewracając strony w poszukiwaniu nazwiska pacjenta by określić
czy rzeczywiście znalazł się ktoś odwiedzjący go dnia uprzedniego, kiedy to
ponoć wykazywał aktywny stosunek do życia.
-
Popatrzmy… – wertował kolejne karty z odręcznie wypełnionymi rejestrami – nie
ma tutaj niczego, musiałeś sobie to uroić podczas śpiączki.
-
Nie! On był prawdziwy, tak jak pan i ja tutaj…
-
A może wcale nie jestem prawdziwy, tak jak i cała ta sytuacja? - przed nim stał teraz człowiek o ciemnych
włosach przystrzyżonych niedaleko do skóry w stroju lekarskim. Trzymał te same
papiery, jednak wyglądał dokładnie jak postać nawiedzająca go dnia
poprzedniego.
Może
śpi?
Może
wciąż wegetuje na szpitalnym łóżku?
-
Nie! – otrząsnął się, a naprzeciw niego znajdował się na nowo krótko obcięty
blondyn – wiem co widziałem, i wiem co
teraz widzę! Nie róbcie sobie ze mnie wariata - … którym zaczynam przez was być, pomyślał nie kończąc zdenerwowany.
-Skoro
tak pan twierdzi… Proszę się uspokoić, potrzebuje pan odpoczynku nim
zregenerują się mięśnie. Nie wiadomo czemu w tak krótkim czasie tkanka
mięśniowa pozanikała i nie masz możliwości ruchu – tłumaczył jak najlepiej
potrafił dla nieznającego się na medycynie człowieka.
-
Nie mamy czasu na takie zabiegi, do wieczora muszę wyjechać i zrobię to z waszą
lub bez waszej pomocy. – pogroził obojętnie – Masz fajka? Muszę zapalić, wieki
nie czułem nikotyny w sobie.
-
Nie.
Krótko
zakończył pozostawiając po sobie listę na półce i opuszając pomieszczenie.
Osamotnił
także pisarza w ciężkim dla niego momencie bez dokładnego wyjaśnienie problemu,
a on zszokowany jeszcze nie myślał o zadawaniu konkretnych pytań.
**
Rozmyślania
przerwała mu nagła decyzja.
Ucieka.
Nie
zważając na okoliczności i dyskomfort zaniku mięśni. Przetrwał wiele trudności,
z taką by sobie nie poradził?
Przewertował
raz jeszcze tabele w poszukiwaniu swojego gości lecz rzeczywiście niczego nie
znalazł. Zrzucił kołdrę i wstał, tak samo powoli nie odrywając jeszcze nóg,
kroczył w stronę umywalki.
Przeciwstawiając
się bólom naciąganych mięśni, czuł się jakby biegł bez przerwy od miesiąca, a
teraz miał potworne zakwasy. Przejście kilku metrów zajmowało mu dobre pięć
minut, co znacznie zdemotywowało go do działań zbiega, jednak siła woli
zwyciężyła. Obmoczył ciało chłodną wodą, przetarł przepocone pachwiny, napił
się nawadniając spragniony przełyk oraz złudnie nasycając wycieńczony organizm.
Od
razu zrobiło mu się przyjemniej. Kroki stawiane stały się łatwiejsze i
przychodziły mu z łatwością. (Ciekawe co może zdziałać najzwyklejsza kranówa.)
Obejrzał się dookoła pokoju w poszukiwaniu jakiegoś normalnego przebrania, bo
sukienka zakrywająca genitalia była marną przykrywką zwłaszcza po tym jak
wszyscy zobaczyli jego pierwszą próbę.
-
Kutwa – zaklął z braku ubrań codziennych – mogliby chociaż jakieś spodnie mi
założyć – spojrzał na zwisającego bezwiednie penisa.
Nie
zważając na niedogodności udał się do przeszklonych drzwi. W przeciwnym pokoju
leżał stary mężczyzna, spał, na ramieniu pryczy wisiały spodnie i wygnieciona
koszula.
-
Jak się nie ma co się lubi – rozejrzał się po korytarzu, czy aby nikt nie
patrzy i przemknął – to się lubi co się ma.
Pochwycił
ubranie odpoczywającego starca i schował się w prostopadło stojącej toalecie.
Szpitalny
szalet nie prezentował się zbyt ciekawie, niewielki, nieodrestaurowany,
śmierdzący kałem oraz moczem. W kontach rozwijały się zarazki, a łączenia
kafelków odpadały zabierając ze sobą płytki rozbijające się na podłodze. Lustro
obdrapane z wyrytymi napisami, podpisami oraz datami. Obraz nędzy i rozpaczy.
Starając
się nie oddychać zdjął szpitalne szaty wymieniając je na prześmiardnięte
starczym zapachem gnicia ubrania. Przejrzał się w zwierciadle, poprawił, włożył
koszulę w spodnie, odwinął nogawki by spełniały wymagania nowego użytkownika.
-
Chyba dobrze? – zapytał sobowtóra przeglądając się jeszcze chwilę – Szału nie
ma, ale może nikt mnie nie przyuważy… tylko ten zarost. – pogładził się po
policzkach.
Uchylając
toaletowe wejście popatrzył jeszcze raz na dziadka i na przejście.
Ruszył.
W
prawo (na lewo były okna). Mijał szybko kolejne pomieszczania z leżącymi w nich
ludźmi, a dookoła, co poniektórych, znajdowali się krewni. Uśmiechnął się
widząc taką troskę.
-
Uhh! – zasyczała pielęgniarka upuszczając dokumenty – proszę uważać!
Odezwała
się siostra schylając po dokumentację, przypominała tę kobietę, którą zobaczył
gdy po raz pierwszy, kiedy się tego dnia obudził.
Czerwone
paznokcie. Zauważył.
Kurwa. Pomyślał. Jeżeli mnie rozpozna to będę miał przesrane. Zauważył. Szybko minął mi ten „ból mięśni”.
-
Przepraszam najmocniej – powiedział modulując struny głosowe by nie poznała go
po głosie.
Nie
pomagając kobiecie ruszył szybkim krokiem jak najdalej od niej, aby tylko nie
zorientowała się z kim miała doczynienia.
-
Mężczyźni… - usłyszał piękny głos strofujący zachowanie pisarza, który nie był
w stanie pomóc pielęgniarce, ze znanych względów – …nawet nie pomoże.
On
już znajdował się daleko od niej. Skręcał w kolejny korytarz, gdzie stało kilku
pacjentów, którzy na jego widok schowali papierosy pod siebie wiedząc, że
palenie w tym miejscu jest zabronione.
Prozaik
uśmiechnął się tylko do nich i nacisnął przycisk wzywający dźwig.
A co jak z windy wysiądzie
lekarz, który mnie zna? Cholera!
- Macie papierosa, panowie?
Jeden
ze starców wyciągnął paczkę z kieszeni i podał uciekinierowi.
-
Dzięki, mogę dwa? – zapytał łapczywie
-
Bierz.
-
Dzięki wielki.
Schował
oba tytoniowe skręty do kieszeni i skorzystał ze schodów nie czekając na
nadjeżdżającą windę.
Jednak
nie odzyskał sił w zupełności, potrafił bez większych problemów iść, jednak
zbieganie ze schodów nie należało do najłatwiejszych zajęć. Dłuższą chwilę
zajęła mu zatem podróż z trzeciego piętra szpitala.
**
Stanął
między windami, a schodami. Po raz drugi, tyle że tym razem trzy poziomy niżej.
Wpatrywał się w informację o punkcie z wyjściem z budynku. Zajęło mu odrobinę
nim zorientował się, w którą stronę ma się udać, ale znalazł. Na lewo, potem na
prawo, prosto, znów na prawo i znów lewo. Istny labirynt, ale nie pozostało mu
nic innego jak podążenie wyznaczonym szlakiem, trasę dało się śledzić pamięcią,
bądź uważając na ścieżkę dla ludzi niewidomych wyznaczoną na posadzce
wystającymi metalowymi liniami.
Ruszył
przed siebie powoli, żeby bez potrzeby nie przemęczyć organizmu, gdyby nagle
okazał się potrzebny intensywny wysiłek.
Szedł
zgodnie z zapamiętanymi wskazówkami, minął korytarz pełen palących, a jego
zapotrzebowanie na nikotynę wzrosło wielokrotnie, jednak wiedział, że palenie w
takim momencie nie byłoby dobrym pomysłem. Oddalił się od nich jak najszybciej
i skręcił w kolejne przejście, gdzie na siedzeniach oczekiwali ludzie na
przyjęcie do odpowiedniego doktora. Siedziały kobiety w ciąży, wraz z nimi
kochankowie, bądź mężowie. Dzieci też czekały, na dentystów, na rodzinnych
lekarzy.
Każdy
wyczekiwał swojej kolei.
Za
następnym zakrętem było oszklone po obu stronach przejście między blokami,
widział teraz rozmiar kompleksu, zrozumiał czemu tyle trzeba przejść by się
stamtąd wydostać. Szpital mieścił się w ogromnych rozmiarów budynku.
Rozciągającym się zarówno wzwyż oraz na boki. Trudno wyobrazić sobie ilu
pacjentów musiała przyjmować ta placówka, oraz jak dużą ilość personelu
zatrudniać.
Ta
myśl rozluźniła go zmniejszeniem szansy na napotkanie zespołu, jaki zajmował
się jego osobą.
Dotarł
do ostatniego korytarza. Długi tunel otoczony ścianami oraz jednakowymi
drzwiami z tabliczkami o rodzaju leczenia w środku oraz nazwiskiem lekarza
urzędującego w danym pokoju. Na samym końcu mienił się świat, białe światło
kontrastowało z mrocznym wystrojem budynku.
Kiedy
leżał w pokoju dałby głowę, że jest to sektorowy szpital, w którym bywał na
kontrolach kiedy mieszkał z rodzicami jako chłopiec, jednak po krótkim spacerze
przez nowoodkrytą klinikę doszedł do wniosku, że pojęcia nie ma gdzie się
znajduje. Miał tylko nadzieję, że blisko
centrum.
Droga
dłużyła mu się, zaczynał na nowo odczuwał bole mięśni oraz stawów. Nie chciał
jednak zatrzymać się na odpoczynek ze strachu przed wykryciem. Mijał kolejne
drzwi, a jego podróż wciąż trwała jakby przemieszczał się umysłem, ale ciało
stało wciąż w tym samym miejscu, z którego zaczęło. Nie potrafił tego wyjaśnić,
ni wytłumaczyć, a tym bardziej zrozumieć.
Wydawało
mu się, że rzeczywiście fantazjuje. Dawał wiarę, iż lekarz, który go odwiedził,
mówił prawdę o śnieniu, a on nie posłuchał się rozsądku i wciąż błądzi po
zakamarkach umysłu. Stanął. Nie szedł. Zatrzymał się w przestrzeni, nie
zważając na niebezpieczeństwo zdemaskowania. Tkwić w punkcie, mijali go
postronni, zajęci własnym życiem i własnymi problemami zdrowotnymi,
najczęściej, w tym miejscu. Nie planował kontynuacji swej podróży bez
zrozumienia prawdy.
Czym
zatem była owa prawda?
Odpowiedzią?
Na co? Na pytanie? Na rzeczywistość, bądź fikcję? Czym jest prawda, a czym
fałsz?
Usiadł
na podłużnej ławie zamykając oczy próbował przypomnieć sobie po kolei co się
działo od kiedy… od kiedy zaczynał przejawiać anormalne zachowanie. Wizje,
błędy myślowe, braki, bądź nadmiary, w pamięci. Tworzenie realnych fikcji, a
może nadal spał i obudzić się miał we własnym łóżku w wielki bólem głowy, a
może to coś więcej?
Czym
jest prawda? Pytanie zrodzone w jego głowie i w jego głowie oczekujące na
odpowiedź. Nie ważne jaką, potrzebował wiedzieć.
-
Wszystko w porządku? – z transu myślowego wyrwała go młoda kobieta przechodząca
akurat obok niego – Wyglądasz na zmęczonego?
-
Słucham? – nie dosłyszawszy pytania poprosił o powtórkę – Znaczy tak, wszystko
w porządku, tylko… sam nie wiem.
-
Czego nie wiesz? – usiadła obok niego zdejmując zimową kurtkę i kładąc ją na
ławie
-
Niczego. W tym jest problem… – czy to była prawda? Przyszła do niego w śnie,
bądź rzeczywistości?
-
No to poważnie mamy problem – uśmiechnęła się w jego kierunku.
-
Chodzi o to – zaczął nieśmiało – że nie mam pojęcia, czy żyję w śnie czy w
prawdzie. Coś tam w środku – stuknął się w czoło – mi szwankuje i sam nie wiem,
czy to co widzę jest prawdą, czy tylko wytworem mojej szaleńczo kreatywnej
mózgownicy.
-
No… to doskonałe pytanie, ale odpowiedź na nie znajdziesz sam – odpowiedziała
niejednoznacznie – z moją pomocą wiele nie uzyskasz. Potrzebna jest Ci…
przerwa…
-
Wiem, próbuję się wyrwać, ale ciągle coś staje mi na przeszkodzie – zaczął się
tłumaczyć – najpierw wyjechałem za miasto, umarła… właścicielka wynajmowanego
mieszkania, chciałem powrotu, po czym zapragnąłem zwrotu do przeszłości i
odcięcia się od codzienności.
Uśmiechnęła
się na splot rymu.
-
Ale zapomniałem notatek, i kiedy oczekiwałem na ich nadejście przy kurierze,
zemdlałem i obudziłem się tutaj. Po dwóch tygodniach – pociągnął się za
niedbały zarost i stare ubrania.
-
Wyjedź.
-
Jak?
-
Najzwyczajniej, chwyć kilka groszy i coś na czym dorobisz i rusz tam gdzie cię
nogi poniosą, tam gdzie poczujesz wolność…
Przerwała
wstając, chwyciła swoje rzeczy
-
Tam odnajdziesz prawdę. – Uśmiechnęła się odchodząc – Powodzenia, przyjacielu.
-
Dziękuję – powiedział po chwili, raczej do siebie.
Jego
ciało zregenerował się wystarczająco by iść dalej. Przeznaczenie? Że zatrzymał
się tu na chwilę i poznał nieznajomą, która wskazała mu kierunek.
Powstał
i przeciągając rozluźnił spięte mięśnie. Powolnie skierował się do drzwi.
Między
wyjściem, a wejściem zorientował się, że zima nadeszła, a ubiór jaki na sobie
nosi nie odpowiada warunkom atmosferycznym. Bowiem nie padał śnieg, ani deszcz,
jednak puch leżał na kostkach chodnikowych, a temperatura spadła dużo poniżej
zera. Na boso raczej trudno mu będzie poruszać się unikając odmarznięcia
kończyn.
Przejrzał
kieszenie starca, gdzie znalazł kilkanaście moniaków, paczkę papierosów wraz z
zapalniczką oraz tę parę, o którą poprosił palących wcześniej. Na nie wiele mu
się to mogło zdać, trochę drobniaków i fajki.
**
W
ciągu następnych minut przemierzał na nowo parter budynku w poszukiwaniu
okazji. Liczył na znalezienie jakiegoś przydatnego wyposarzenia, zostawionych
ubrań, wyrzuconych butów czy chociażby foliowego obuwia, jakie nabywa się przy
wejściu do szpitala by nie rozprzestrzeniać wirusów.
Minuty
trwały, a jemu w oczy nie rzucało się nic co by się mogło przydać podczas
ucieczki na mróz. (Jeżeli za wariactwo służby dyscyplinarne nie zrobią z nim
porządku, to najpewniej zamarznie tam na śmierć.)
Jednak
nie pozostało mu nic innego jak zaryzykować własnym życiem.
Stał
teraz oparty pod ścianą przyglądając się otwartej paczce czerwonych,
tytoniowych listków. Nie było rady, zmuszony został do poświęcenia życia,
jednak zostanie w środku wcale nie zwiększało szans przetrwania.
Zmęczony,
wychłodzony, z sinymi od zimna stopami kroczył walcząc o każdy krok, dochodził
już prawie do wyjścia kiedy to na podłodze przyuważył błyszczącą blaszkę.
Zboczył zatem z samobójczego kursu w stronę świecidełka, kilka ruchów dalej
kiedy starczał nad eliptycznym metalem, na którym dostrzegł wygrawerowany z
czarnym wypełnieniem numer „13”. Oznaka nieszczęścia, albo stawienie czoła nie
powodzeniom. Podniósł z zimnej posadzki
niewielką, wybitą cyfrę zaciskając w pięści by mieć pewność jej bezpieczeństwa.
Szybko
kroczył w kierunku, z którego przed sekundą wracał. Naprzeciw ściany, o jaką
się opierał we wnęce znajdowała się szatnia, szerokie i wysokie okno, a po jego
drugiej stronie nie wielkie podłużne pomieszczenie z poutykanymi, metalowymi
rusztowaniami o hakach czekających na wykorzystanie w celu odwieszenia odzieży
wierzchniej, w zamian stróżowie poczekalni przedmiotów martwych rozdawali
srebrne blaszki bardzo podobne do tej znalezionej na podłodze parędziesiąt
sekund temu i znajdującej się w tym momencie w ręku pisarza.
-
Trzynaście – roztrzęsiony położył na kamienny blat błyskotkę z liczbą.
Trwał
w niewiedzy, zmęczony czekaniem oraz chwilą. Marzył o ciepłej herbacie w
zaciszu mieszkania, ogrzewającym go łóżku oraz smaku kobiecych ust, choć na
chwilę. By spędzić jeszcze jedną noc, z którąś ze swoim przeszłych miłości,
nawet tych jednonocnych, potrzebował ciepła, nie na zewnątrz, zmroziło go życie
od środka, zamieniło serce w lodową bryłę i znieczuliło na świat. Stał się tym
przed czym uciekał, tym co negował i tym co kiedyś sprawiało mu żal.
Obsługa
szpitalna wzięła od niego przedmiot i dziwnie patrząc, spojrzała na cyfry potem
jeszcze raz na niego i znów w grawerowanie.
Bez słowa skierowała się między wieszaki i wybierając jeden z pierwszych
wymieniła numerek na grubą zimową kurtkę.
Czarna,
gruba puchówka z kapturem oraz sztucznym futrem na około. Wyglądała na męską,
dlatego cieszył się z trafności oraz żałował że odpowiedzialna za upuszczenie
osoba zostanie bez odzienia w tę pogodę, jednak tutaj chodziło o przetrwanie.
-
To wszystko?
-
To wasze rzeczy, sami sprawdźcie – sucho powiedziała węsząc podejrzenie.
-
No tak – uśmiechnął się mimo woli i odszedł.
Rozpiął
ciepłe odzienie po czym z przyjemnością założył na siebie. Pasowało jak ulał,
jakby w rzeczywistości należało do niego, posiadało przy tym wiele kieszeni i
spenetrowanie ich wszystkich zajęło mu czas do wyjścia. Znalazł portfel z dwoma
banknotami po sto, co za idiota zostawia
portfel w kurtce? Pomyślał. John Shepard, znalazł dokument tożsamości w
jednej z przegródek, wyciągnął jedynie wszystkie pieniądze całą zawartość
włącznie z opakowaniem zostawił w punkcie ochrony nie podając żadnych
informacji i starając się zachować niezauważalność.
Pozostawił
także Johnowi kluczyki od samochodu i całą resztę dobytku, która w tej chwili
nie będzie mu przydatna. Zabrał pieniądze, bilet transportu publicznego oraz
odzienie.
Najgorszym
punktem pozostawał brak obuwia, stał więc na boso między drzwiami zmieniając co
jakiś czas nogę z powodu zimna, próbował zdecydować się na krok za strefę
względnie bezpieczną.
Po
drugiej stronie ulicy na wysokim bilbordzie zauważył reklamę jednego z tanich
sklepów obuwianych mówiącą, że w przejściu podziemnym znajduje się punkt.
Cóż
za przychylność losy, można by było powiedzieć, bez trwogi zapalił papierosa i
wyszedł na zimną ulicę. Już pierwsze kroki zabiły na nim ćwieka, każdy krok był
jak wbijanie tysięcy drobnych igiełek w przemarznięte stopy. Jednak szczęście w
nieszczęściu cieszył się z bólu, to mogło oznaczać, że amputacja obu kończyn
nie będzie konieczna.
Kolejne
stąpanie wcale nie okazywało się łatwiejsze z powodu przyzwyczajenia do
temperatury, za to coraz trudniej unosił nogi i zginał podbicia kostniejące z
każdą kolejną chwilę, cierpiał i jak najszybciej chciał znaleźć się w
podziemiach, ale brak odporności na ból, odrętwiałe kończyny, roztrzęsione
mięśnie, wycieńczony organizm oraz brak obuwia sprawiały, że te dwieście metrów
do przejścia poniżej ulicą zajmowało mu wieku, a przynajmniej według jego
samego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)