poniedziałek, 24 grudnia 2012

II – Przeszłość / Pamięć


II – Przeszłość / Pamięć



Było południe gdy był już daleko za miastem, jechał na północ kraju w rozpadającym się przedziale pociągu. Palił, spał i myślał na zmianę. O fabule, o stylu, o wszystkim co ważne. Miał w końcu nie wiele czasu, a tak wiele do zrobienia.
12:12
Została mu jeszcze godzina do docelowej stacji. Postanowił zdrzemnąć się z myślą, że to da mu nowe spojrzenie na Historię, a drzemka dobrze mu zrobiła…
**
Mobilizacja! Dwa najlepiej wyszkolone oddziały w obozie szykowały się właśnie do możliwie najważniejszej misji na tym etapie wojny. Mieli do zajęcia dwa główne strategicznie obiekty. Od tego zależały losy wielu cywili, a może nawet więcej.
Morale oddziałów nigdy nie spadały poniżej standardów, jednakże to mogło dziś nie wystarczyć do pomyślnego przebiegu bitwy.
- Towarzysze! – pułkownik Sokołow, teraz ubrany w mundur polowy, w pełnym uzbrojeniu, ze zmodyfikowanym karabinem AK-47 w dłoniach, na udzie pistolet PJa, na plecach na wysokości nerek długi bojowy nóż. Opakowany w kamizelkę bojową ze wszystkim co przydać mu się mogło na polu bitwy jakim miało stać się niebawem owe miasto. Nabrał powietrza w płuca, wyprostował się – przyjął pozycję jakiej uczyli go na zajęcia z przemawiania. –Towarzysze! – powtórzył – Dziś stoi przed nami prawdopodobniej najtrudniejsze zadanie do tych czas! – pauza – dzisiaj czeka nas starcie, w którym liczy się każda kropla potu. Każdy z nas musi dać z siebie wszystko byśmy wszyscy doczekali najbliższego wschodu słońca patrząc na ziemię Rodzimą, niepowodzenie jednego z nas może skończyć się klęską dla nas wszystkich. To wielka odpowiedzialność… – pauza. Spojrzenie na poszczególnych żołnierzy, by poczuli się wyróżnieni z szeregu – …ale i zaszczyt. Nasz honor i duma, że możemy iść w bój z hasłem na ustach oraz ideą w sercach. – podniesienie tomu – Dziś zwyciężymy, pójdziemy tam i skopiemy polskie dupy, a Rosja znów będzie niezniszczalna! – uniesienie broni połączone z okrzykiem bojowym
Odwzajemnienie okrzyku poprzez z moralizowany tłum młodych męskich kukiełek zwanych pospolicie żołnierzami.
- Podpułkownik Iwanow do mnie! – odezwał się głos dowódcy wśród owacji i okrzyków wywołanych emocjami po pięknym przemówieniu towarzysza pułkownika.
-Tak jest! – przybiegł, zasalutował i spoczął
- Słuchajcie, towarzyszu.  Waszym zadaniem będzie wraz z oddziałem Ҕ przejęcie Kwatery Głównej Milicji Narodowościowej, przetrzymanie ważnych urzędników oraz całej ludności cywilnej, która będzie znajdować się we wnętrzu budynku. Jednostki bojowe, militarne, uzbrojone poniżej stopnia oficerskiego na miejscu zlikwidować. Zrozumieliście?
- Tak jest Towarzyszu Pułkowniku! – wykrzyknął
- Bóg z wami.
**
- Przepraszam, gdzie pan wysiada? – zapytał starszy mężczyzna o siwych brwiach w przechodzonym kaszkiecie.
  Zapytany mężczyzna rozejrzał się i zdenerwował:
- Tutaj, dziękuję bardzo! – wykrzyczał odwracając lekko głowę w biegu ku pomocnemu dziadkowi.
- Nie ma za co, chciałem tylko mieć gdzie usiąść.
**
Wybieg z pociągu na peron numer 2, rozejrzał się i mimo to nie zaprzestał biegu, ruszył w stronę hali z kasami, a konkretniej szukał jakiegoś sklepu, w którym mógł nabyć zeszyt i coś do pisania.
Po chwili pośpiechu wyszedł szczęśliwy z przydrożnego kiosku z zeszytem w ręku i paczką mocnych papierosów. Wypatrywał jakiejś wolnej ławki by móc zacząć spisywać dalszą część powieści, która notabene przyśniła mu się i przez nią prawie co nie przegapił stacji.
Na przystanku autobusowych, naprzeciwko dworca kolejowego w tej niewielkiej mieścinie siedział mężczyzna. Ubrany w stare podwinięte jeansach, trochę podniszczonych, czarnych butach, bluzie i skórzanej kurtce z długopisem w ręku, zeszytem na kolanach i papierosem w ustach. Siedział i notował to co mu się przyśniło. I nie tylko.
**
Drzewa lśniły złotem, czerwienią oraz brązem, pełne jesiennych liści gotowych na sygnał do desantu, czekały na znak by mogły poszybować w dal, tam gdzie je wiatr poniesie, chciały już zakosztować przyjemności lotu prekluzyjnego. Chciały unieść się w niebo poczuć jak pikują w przestworzach targane w każdą stronę świata, poznać to co nie przebyte, zobaczyć to co widzą wszystkie dojrzałe liście, po czym opaść na mokrą od deszczów ziemię oddać się jej w całości, zostać jej pokarmem by potem w miejscu gdzie one skonały wyrosło nowe życie, by stały się częścią czegoś zupełnie nowego.
Mrok nocy przeszył okrzyk nocnego łowcy. Czarny, wielki szybowiec zawirował w świetle księżyca, bo noc była piękna, niebo czyste ozdobione dziś było milionem białych lampionów wznoszących się daleko, daleko w górze. Jedni mówili, że to po prostu kosmos, gwiazdy odbijające blaskiem Heliosa, inni za to wierzyli, że to duchy przodków patrzą na nas z góry. Jedna i druga teoria nie miała już większego sensu, w dzisiejszych czasach ludzie zapomnieli o historii, zajęci teraźniejszością, a jeszcze bardziej przyszłością. Łowca wydał krzyk bojowy i zanurkował w przestworzach, zniknął w cieniach ulic.
Miejskie równiny opustoszały, na pierwszy rzut oka dało się zauważyć wśród mieszkańców, barykady na bulwarach stworzone z rzeczy codziennego użytku, okna po zamykane, pozasłaniane, nikt nie odważyłby się zapalić światła. Wielu nawet nie miało tej nocy prądu, reszta wolała oszczędzać go na trudne dni, które miały niebawem nadejść.
Gdy mroczne ulice pokryte rozbitymi butelkami, nie uprzątniętymi resztkami trupów, splamione krwią oraz licznymi pożarami przeszył nagle tupot ciężkich stóp, ludność cywilna pochowała się w milczeniu w piwnicach bloków w obawie o własne życia.
Co jakiś czas dało się usłyszeć jedynie odgłosy walki, tłumione wystrzały z karabinów. Wszystko odbywało się na tyle szybko, że reakcja była na tyle skomplikowana, że aż niemożliwa. Żołnierze nowo radzieccy, tak nazywani przez tutejszą młodzież walczącą, uwinęli się w mig, pierwsze jawne czyny zbrojne dało się zauważyć we wewnątrz budynku, ale wtedy było już za późno na reakcję i obronę, większość młodych znajdujących się w ratuszu zginęło podczas walki, albo po walce, gdy komuniści urządzili sobie zawody w strzelaniu do celu.
**
Tak małe miasteczko, a tak wielu ludzi kręciło się po ulicach. Wszędzie ruch. Gdzie nie spojrzeć tam widać pędzących przed siebie śmiertelników.
Na ulicy znajdował się przystanek, a na ławeczce przystankowej siedział mężczyzna. Autobusy przyjeżdżały i odjeżdżały. Zabierając w dal tłumy mieszkańców. Starych. Młodych. Chorych. Zdrowych. Biednych i bogatych. Przechodnie przemierzali chodniki, kobiety stukały wysokimi obcasami o kostkę, emeryci powolutku stawiali kroki wspomagając się na laskach. Młodzież wyprzedzała ich nie bacząc na problemy. Śmiali się, cieszyli życiem, co poniektórzy, ci bardziej zabawni, uprzykrzali pieszym życie. Bardziej agresywni zaczynali bójki, spokojniejsi tylko obrzucali się wyzwiskami., a zamyślony prozaista przelewał na papier swe myśli. Tworzył nową historię.
  - Przepraszam, czy nie chciałby pan może zagrać z emerytem? – powiedział zmęczonym głosem starzec ubrany w ciepłą zimową kurtce, starym bawełniany szaliku starannie zasłaniający szyję oraz śmieszną zimową czapce. Człowiek  o sędziwej i miłej twarzy. Szerokim uśmiechu i podkrążonych oczach. Kilku dniowy zarost, długie wąsy, i krzaczaste brwi, a to wszystko w kolorze śniegu, który otaczał ich na około.
Starszy mężczyzna wyrwał piszącego z amoku i zamyślenia, lecz ten nie był zły na nieznajomego, uśmiechnął się do niego szczerze. Zakończył ten etap powieści i schował swój zeszyt do torby, którą dostał przy zakupach
- Ależ oczywiście, ale ostrzegam, że grać nie potrafię.
- A to nic nie szkodzi. – uśmiechnął się do młodzieńca – Lekarz kazał mi grywać w takie gry, aby pamięć ćwiczyć, człowiek na stare lata musi coś robić. – zamyślił się pocierając ręką o rękę z zimna, miał bowiem jedynie cienkie rękawiczki z otworami na palce - Żeby po prostu nie zapomnieć. Nie zapomnieć, że żyję… – starcu zaszkliły się oczy, popatrzył się w otchłań. Młody człowiek nie poganiał, ani nie przerywał mu myśli. Uszanował jego uczucia. Sam zresztą nigdzie się nie śpieszył. Jedyne co go czeka w tym miejscu to kubek ciepłej herbaty, paczka papierosów oraz cały zeszyt słów do zapisania.
Rozpoczęli więc rozgrywkę. Pisarz mimo, iż potrafi opisywać tego rodzaju zajęcia, (codzienne życie), to jednak mimo wszystko grać nigdy nie potrafił. Nie był nigdy specjalnym strategiem. Prawda. Potrafił przewidywać ruchy innych, lecz w świecie rzeczywistym. Na polu szachowym nie wychodziło mu to ani trochę. Choć może powodem był tylko brak wprawy i żadnych przeciwników dookoła.
Pisarz zaczynał. Starzec kończył.  Pisarz próbował. Starzec robił.
- Nie ma się pan co obawiać, czasem się przegrywa, a czasem wygrywa. Trzeba umieć walczyć, a kto umie walczyć, zrozumie te słowa. – Powiedział mu na rozweselenie.
Białe pionki przegrały.
Stawką rozgrywki była równowartość kawy w najbliższej kawiarni.
- To może jeszcze raz zagramy? Dam panu szansę na rewanż. – Zapytał z uśmiechem dziadek.
- Możemy, ale w zamian jeśli uda mi się wygrać, to pójdziemy na kawę razem. A pan opowie mi o sobie. – Powieściopisarz wpadł na pomysł, iż nie ma co robić sam w tym miejscu, może oczami mieszkańca uda mu się poznać  skrawek mieściny,  a kto wie może spotka po drodze muzę (a co najmniej napije się lokalnej czarnej).
Więc rozpoczęli rozgrywkę o stawkę większą niż kawa, ponieważ był nią czas.
Tym razem zaczynał staruszek. Szachownica, którą przyniósł ze sobą pamiętała pewnie jeszcze czasu wojny. Pozacierane pola, obłamane figury na bokach, niektóre cierpiały nawet na brak wierzchołków. Pisarz od dziecka miał sentyment do starych przedmiotów. Do przedmiotów z historią, do takich które posiadają duszę, dlatego też zawsze ubierał się w to samo, nosił jedną parę spodni przez wiele lat, cerował, zaszywał, naszywał. Znajdował stare rzeczy i chował do skrzynki pod łóżkiem. Matka zawsze mówiła mu, że robi z pokoju antykwariat, że na co mu tyle takich rupieci. Powinien posprzątać, posegregować, powyrzucać, więc wybierał tylko te najbardziej sentymentalne, a resztę wykładał pod klatkę by przydały się innym. Nigdy nie dostrzegł kto korzysta z jego dobytku, ale przedmioty znikały.
Przegrał.
- No cóż, proszę pana. To dam panu na dwie kawy, niech pan stratny nie będzie – powiedział lekko zrezygnowany. Zanurzył się jeszcze raz w przeszłości po czym wrócił na przystanek i położył na drobnej szachownicy wartość dwóch napojów z nadwyżką.
-Ależ nie. Może chciałby się pan jednak przyłączyć i pójść wraz ze mną do tej kawiarni? Podają tam naprawdę nienajgorszą kawę. A obsługa… - zachichotał uwydatniając swoje braki w uzębieniu, staruszek oddał mu też pieniądze.
Po krótkim namyśle potwierdził chęć spotkania kiwnięciem głowy.
**
Wejście do lokalu znajdowało się od podwórza jednej z pobliskich kamienic. Do kawiarni dało się dotrzeć jedynie przez starą bramę wiodącą z ulicy głównej właśnie na teren mieszkalny. Klimatyczne miejsce. Gdy stanęło się na środku prawie geometrycznego koła stworzonego przez mury bloku i popatrzyło na wejście, zza którego widać było znikające i pojawiające się samochody, to: po lewej stronie w zagłębieniu mieściła się kapliczka Kobiety w aureoli odzianej w niebieską suknię z dzieciątkiem trzymanym na rękach. Dookoła niej leżały chaotycznie rozmieszczone medaliki z jej podobiznami, modlitewniki, obrazki, listy. Dało się dostrzec, iż religia jest ważnym elementem tego miejsca – rzadko to spotykane w czasach, w których żyjemy, a to nie dobrze, tak przynajmniej myślał Pisarz.
Writer przyglądał się uważnie wszystkiemu co go otaczało, chciał jak najdokładniej zachować w pamięci obraz tego miejsca by któregoś razu móc wykorzystać go w którejś ze swoich powieści (naprawdę go poruszyło).
Kapliczka przy bramie, stare żeliwne wrota z liliowymi kształtami, czerwona jak krew cegła, odpadająca farba z drzwi do poszczególnych klatek, rower przyczepiony na łańcuch do ogrodzenia, leciwy dozorca z papierosem w ręku oczyszczający podjazd ze śniegu. Małe dziewczynki bawiące się lalkami na górce ułożonej ze puchu oraz gwar kawiarenki, która tętniła życiem mimo wczesnej pory, bowiem dochodziła dopiero trzecia po południu, a był to środek tygodnia.
Kierownik lokalu kurtuazyjnie przywitał nowych gości, zaproponował miejsca z pytaniem „czy dla palących czy nie palących”. Writer już chciał się wyrwać i w odpowiedzi dać strefę tytoniową, lecz starszy mężczyzna był pierwszy. Pisarz musiał poczekać jeszcze trochę nim zapali kolejnego papierosa.
Usiedli przy niewielkim kawiarnianym stoliku na wygodnych niskich fotelach. W milczeniu czekali, aż obsługa ich zauważy. Pisarzyna liczył iż starzec pierwszy się odezwie i napocznie temat.
Długo nie musieli wypatrywać, kelnerka ubrana elegancko w czarne przylegające do niej spodnie, czarną koszulę z rozpiętym dekoltem uwydatniała swą kobiecość, nie rażąco, a z wdziękiem.
- Witam. Co dziś pan pije, Panie Alojzy, i widzę, że ma pan gościa? – zapytała niebrzydka kelnerka o ciemnych włosach do szyi, niebieskawo-zielonych oczach, w których sprytne oko dostrzeże soczewki kontaktowe, zza ucha wystawał też niewielki tatuaż ptaka.
- Dzień dobry, panienko. Dla mnie kawę espresso i kremówkę, poranny zestaw – uśmiechnął się spoglądając na kolegę – a mój gość, niech sam powie. – Uśmiechnął się po raz drugi.
- Tak więc co dla pana?
- Herbatę, poproszę. – odparł unosząc wzrok ku jej oczom.
- Coś jeszcze? Mamy pyszne ciasto…
- Dziękuję, herbata wystarczy. Nie jadam za dużo. – przerwał jej taktownie, w jej spojrzeniu było coś, nie umiał sobie tego wytłumaczyć, ale skądś znał to spojrzenie.
Kobieta uśmiechnęła się do obydwu gości i zniknęła we wnętrzu lokalu. Przez chwilę jeszcze pisarz próbował podążyć za nią wzrokiem, lecz kiedy zagadnął go szachista zgubił obiekt z pola widzenia.
- Nie jesteś specjalnie rozmowny, prawda? –wychylił się w jego stronę staruszek.
- Nie, ostatnio nie jestem. –odpowiedział, będąc jeszcze myślami gdzieś w przeszłości, próbował znaleźć w nich jej oczy owej damy – może po prostu brak mi rozmówcy?
- Może. No to teraz już masz. – dziadek, któremu uśmiech rzadko znika z twarzy uśmiechnął się jeszcze szerzej – ja bardzo lubię rozmawiać – wygodnie zasiadł w fotelu.
- Czy mógłby mi pan coś o sobie opowiedzieć? Jestem pisarzem i lubię poznawać nowe historię, zwłaszcza te prawdziwe.
- Oczywiście, ale może zacznijmy od tego, że się panu przedstawię. – Odpowiedział – Nazywam się Alojzy Dionizy von Bieluch.
- Do mnie może się pan zwracać Writer, albo po prostu Pisarz – przełknął ślinę, poczuł niedobór nikotyny co sprawiało, iż stawał się coraz bardziej niespokojny – tak na mnie mówią od niepamiętnych czasów.
- Skąd taka prostota i brak prawdziwych imion?
- Od dawien dawna nie używam swych danych osobowych poza urzędami choć i tam rzadko bywam. – rozpoczął monolog – Od zawsze pisałem, czy to opowiadania, czy to krótkie notatnik, reportaże, wywiady do gazet, telewizji. Od dziecka moi przyjaciele nazywali mnie Pisarzem, mało kto znał moje imię. Przyjęło się i tyle. Nim zacząłem się uczyć na poważnie potrafiłem dziennie zapisać wiele stron ręcznym pismem, potem się starzałem, podróżowałem, poznawałem i wciąż pisałem. – wpatrywał się przed siebie wyglądając kelnerki znajdując i gubiąc ją na nowo – Choć nigdy ani nie zajmowałem miejsc w żadnych konkursach, zawodach, olimpiadach to przeciętnym ludziom odpowiadał mój styl i przesłanie. Dlatego opuszczając ojczyznę nazwałem się po prostu Writerem, z języka światowego, i tak zostało, teraz tylko znajomi z podwórka mówią do mnie Pisarz, cały pół światek zna mnie pod pseudonimem – Writer – przerwał swój monolog, gdy podano zamówione.
- Zatem, panie Pisarz, jednak jest pan rozmowny, tylko brak panu rozmówcy. – Alojzy zaśmiał się głośno – a to, panie Pisarzu, jest moja bratanica, Weronika. Pracuje w mojej kawiarence od kilku miesięcy. Przyjechała tu by zarobić odkąd… - zatrzymał się widząc karcący wzrok dziewczyny.
- Miło mi poznać, Pisarz, ale raczej mówią do mnie Writer – wstał i wyciągnął dłoń na przywitanie.
- Wiem. Słyszałam. – dziewczyna nawet nie spojrzała na niego, piękne oczy powstrzymywały wywołane przeszłością łzy (jak ta przeszłość potrafi namieszać w teraźniejszości…), mimo to rozłożyła zamówienie i szybkim krokiem uciekła w mrok pomieszczenia.
Opadł na fotel po czym wydął powietrze z płuc i rzekł do Anzelma Dionizego von Bielucha:
- Idę na papierosa, za chwilę wracam. – nie spojrzawszy na starca wyszedł z paczką w ręku. Sędziwy mężczyzna sfrasował się trochę i zachował milczenie.
Na zewnątrz było zimno i wiał mocny wiatr, a pisarzyna nie wziął nic na siebie tylko bluzę w której zawczasu siedział. Stał właśnie na podwórzu otoczonym ze wszystkich stron murami bloku, jedynym otworem była brama i to właśnie przez nią wpadało do wewnątrz powietrze, a które już tu zostawało. Stare mury miasta więziły go w sobie, zatrzymywały jakby chciały się nim dłużej nacieszyć. Mężczyzna wymacał swoje kieszenie i zaklął cicho. Zapomniał ognia.
Rozejrzał się czy nikogo nie ma w pobliżu, kto mógłby poratować go w takiej chwili. Wrócił się do drzwi kawiarni, lecz nie zdążył pociągnąć, bo otwierała je ta sama dziewczyna co wcześniej obsługiwała go w czarnym odzieniu, trzymała w ręku cienkiego długiego papierosa i zapalniczkę w zieleń żółć i czerwień, nałożyła na siebie kurtkę. Pomógł jej z drzwiami, które były uciążliwe zważając na wiatr. Popatrzyła na niego z żalem.
- Choć ze mną. – powiedziała i nie zwracając uwagi czy za nią ruszył szła przed siebie na skraj moskitiery.
- Co stało się przed chwilą przy stoliku? Nazwał cię bratanicą, i wspomniał coś o… - tu się zatrzymał. Nie uzyskał odpowiedzi. – Zrozumiem jeśli nie będziesz chciała mi powiedzieć, bo czemu miałabyś mówić cokolwiek nieznajomemu.
- Nie wiesz kim jestem? – odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy – nawet moje imię ci nic nie mówi - Weronika?! Czyli to jednak ty, ależ się zmieniła… – w tej chwili przestał żałować dziewczyny. Nie zapalił i pewnie już nie zapali, wiedział o tym, tego papierosa.
- Ty również… – odpowiedziała mu Weronika wpatrując się na nowo w posąg Kobiety.
- Masz ognia? – zapytał zbijając temat – i od kiedy palisz?
- A ty? – odpowiedziała pytaniem na pytanie – mam. – podała mu zapalniczkę.
Podpalił i oddał dziękując.
- Od kiedy… - zastanowił się co chce powiedzieć – …pół roku po tym jak ostatni raz się do mnie odezwałaś.
- Ah tak. – odparła. Nie wiedziała co powiedzieć – Dobra. Muszę wracać do pracy.
Pisarz nic nie odpowiedział. Wrócił do swojej postawy z przed przyjazdu tutaj. Skończył palić papierosa i wrócił do stolika. Herbata, którą nalała mu kelnerka już zdążyła przestygnąć, posłodził ją i zamieszał. Bez słowa napił się łyka.
- Dobra – stwierdził wpatrując się w kamienną postać starca. – dobra ta herbata. Pomińmy temat kelnerki i porozmawiajmy jakby nic nie zaszło.
- To nie takie proste. – powiedział wciąż wpatrując się w ten sam punkt na ścianie. W pejzaż górski namalowany najprawdopodobniej zimą, drugą opcją był daltonizm albo abstrakcja malarza. Writer nie przeszkadzał mu czekając na rozwój wydarzeń. Liczył jednak, że Dionizy jednak napocznie temat „odkąd …”. Nie pomylił się – tak więc. Weronika kilka lat temu poznała mężczyznę .Trochę starszego od niej. Był wysoki i przystojny, aż nad to spokojny. Spędzali ze sobą każdą chwilę, aż pewnego razu gdy postanowili, że u niej zanocuje, mieszkała jeszcze wtedy z rodzicami…
- Tacy są dzisiaj ludzie. Tego nie zmienimy, to niczyja wina poza tym zajebańcem.
- To prawda, ale daj mi skończyć. Nie chodzi tylko o to co jej zrobił, ale w ogóle stało się tamtego późnego wieczora. Chodzi o to młodzieńcze, iż Weronika była jeszcze dziewicą i chciała nią wciąż pozostać. Zakładam też, że przez cało zajście wciąż nią jest…
- Wiem coś o tym – odburknął wpatrując się teraz w ten sam obraz, w który patrzył przed chwilą Alojzy.
- Słucham?
- Nic, nic.
- Na czym to ja skończyłem…  - zamyślił się – a. Pozostać, ale ten, jak go doskonale ująłeś zajebaniec nie uszanował jej decyzji no i chciał ją – przełknął ślinę - zgwałcić, ale że jest silną dziewczyną, nie dała się tak łatwo. Złapała za… za…. – szukał odpowiedniego słowa w otchłani swego umysłu i nie mógł znaleźć – no to takie na czym obrazy się stawia. – Mistrz słowa uśmiechnął się tylko – i zaczęła go tym okładać, zajebała skurwysyna. No i teraz ma traumę…
- Ciekawe, nie powiem. A jak zaczęła tu pracować? –zapytał ciekaw kolejnej informacji.
- No potrzebowała… zmiany otoczenia. Nie potrafiła wytrzymać w domu, bała się swojego pokoju. No to zaproponowałem jej pracę u siebie wraz z zakwaterowaniem. Dobrze na tym wyjdzie, jeśli dobrze to rozegra. Ma mieszkanie prawie za darmo, zarabia nie najgorzej, okolica przyjazna, mili ludzie, czego chcieć więcej?  Najodpowiedniejsze miejsce na poskładanie się do kupy.
- Oby wyszła z tego. – zakończył znużony jej dojrzałym życiem – To teraz trochę o okolicy, co można tutaj zobaczyć i gdzie się zatrzymać?
- Zależy czego poszukujesz? – znów pytanie w zamian za pytanie. – a co do lokalu, dysponuję pokojem na peryferiach, jeśli jest pan zainteresowany.
- Poszukuję miejsc niezwykłych, ale i kompletnie codziennych jak ulice i skwery. Potrzebuję otoczenia ludzi, którzy gnają przed siebie, takich którzy to zignorowali przyszłość i żyją chwilą. Wszystkiego co nas otacza. Chcę poznać to miasto. Uczynić z niego jedną wielką machinę do tworzenia słów. Nie, nie będę opisywał miasta, ani podpisywał ludzi nazwiskami. Potrzebuję tylko ich dusz.
- Jakież to głębokie… - dodała sarkastycznie kelnerka, która pojawiła się znikąd – …podać coś jeszcze, panom?
- Szklankę wody, poproszę – zwrócił się z prośbą gość.
- Tak więc mogę mieć dla pana zarówno nocleg jak i rozwiązanie w sprawie „natchnienia”. Co do noclegu mogę wynająć panu pokój w tutejszym hostelu, ew. mam wolne mieszkanie na jednym z osiedli niedaleko stąd, a co do natchnienia to oferuję panu pomoc przy różnych sprawach, będzie mógł pan zakosztować najlepszej codzienności jaką mogę panu zaoferować.
- Mi odpowiada taki układ, biorę mieszkanie, ile wynajem? – skierował stanowczo – a co do pracy to jeszcze się zastanowię nad tym, jakby mógł mi pan zostawić numer telefonu.
Po rozwiązaniu spraw związanych z numerami, mieszkaniem, kwotami i wszystkim co konieczne, przyszedł czas na ostatni łyk napoju i pożegnanie. To spotkanie nieco ożywiło umysł i ciało Pisarza. Od bardzo długiego czasu nie miał okazji z nikim porozmawiać, wypowiedzieć się, zademonstrować własną osobę. Zamknął się w swoich czterech ścianach, a tu w mig. Jedna herbatka i już przyszło tyle wspaniałych cech charakteru z przed lat. Odkąd zaczął pisać dla pieniędzy jego życie codzienne stało się monotonne i nijakie. Pochłonęło go pisanie, już nie była to czysta pasja. Pasja przerodziła się w katorgę. Kochał to co robił – to fakt, lecz bycie zmuszonym do pisania bez przerwy tylko, żeby zarobić na chleb i fajki?  Każdy robi to co uważa za słuszne, jego nikt nie oceniał. On nie oceniał niczyjej pracy.
Jedyne czego żałował z dnia dzisiejszego to spotkania Weroniki. Pierwszej szczerej miłości, pierwszej wybranki serca, która potem zadała mu cios w plecy, koniec jednego przyniósł początek drugiego. Według niego na dobre, inaczej według innych…
Wstał, założył kurtkę. Rozejrzał się raz jeszcze po ładnym modernistycznym wnętrzu kawiarni. Prostota i elegancja w jednym. Niskie elipsowate, brązowe stoliki , kontrastujące kremowe fotele,  ściany w nieco azjatyckim klimacie. Elementy roślinności wymalowane na ścianach, brązowa farba kontrastuje z kremowymi liśćmi, kremowe ściany kontrastują z brązowymi liśćmi i ptakami. W niektórych miejscach [ściana] pokryta jest łodygami młodych bambusów. Elegancko i prosto.

Teraz czekał już tylko na telefon od gospodarza budynku , do którego miał się wprowadzić na okres bliżej nie określony.
Postanowił nie tracić czasu i pozwiedzać na własną rękę. Wrócił na przystanek, gdzie poznał Alojzego. Popatrzył na harmonogram autobusów, przejechał palcem po rozkładzie jazdy, po czym po chwili stuknął na wysokości pojazdu numer 69, spoczął raz jeszcze na ławeczce i czekał. Czekał.
Coraz to kolejne samochody przecinały mu drogę zasłaniając bilbord po przeciwnej stronie szerokiej ulicy. Słońce powolutku mknęło po niebie ku zachodowi, ludzie przychodzili i odchodzili. Autobusy podjeżdżały i odjeżdżały, a autobusu ani widu ani słychu.
Z transu wyrwał go dzwonek telefonu.
Doskonale, nasza generacja odczuje silny ból metafizyczny. Jakie to proste i głębokie zarazem. Czuję…. Czuję… że spadam.
Znalazłem się w bieli, jestem biały, bile jest biała. Moje buty są białe, i stół też jest biały.
Czy ja zwariowałem, a może tylko przesadziłem z kakałem na noc? Ale ja nie piję kakała, zwłaszcza na noc, w szczególności w środku tygodnia. Chciałbym, aby była już sobota. Napiłbym się kakała.
Czemu mówię o kakao? Odbija mi? Może zwariowałem? A może to świat zwariował? Tak. To na pewno świat. Świat mi zawirował. Muszę iść. Iść do domu. Muszę iść do domu i pisać. Muszę iść do domu i pisać słowa. Muszę iść do nowego domu i pisać nowe słowa nowej historii. Muszę iść do, do…
- Stary, telefon ci cały czas dzwoni. – odezwał się młody chłopak ze słuchawkami na szyi. Ubrany w kremowo sraczkowate spodnie, czarny wełniany płaszcz, czapkę w paski wciągniętą do połowy na głowę tak gdzie nakrycie nie dochodziło wystawały blond włosy ułożone na prawo, które nerwowo zarzucał wpatrując się w ekran telefonu.
Mistrz słowa w zwolnionym tempie ruszył ręką w kierunku kieszeni, z której dochodził sygnał. Lecz mięśnie miał jak z waty, przed oczami widział gwiazdki, zamroczyło go. Złapał za aparat i wyjął, zobaczył nieznany numer. Ucieszył się tym iż to prawdopodobnie nowe lokum. Marzył teraz żeby pójść spać. Zapomnieć o…
ZŁO – słowo zabrzmiało mu nagle w głowie.
… świecie. Znów zapomniał o dzwoniącym telefonie.
Chciał do domu. Chciał poczuć to czego dawno nie czuł.
Zatęsknił.
Za kim? Za czym?
O co mu chodziło?
Czy miało to związek z przypadkowo, a może nie przypadkowo, spotkaną dawną miłością…
Stara miłość nie rdzewieje…
… sam nie miał pojęcia, chciał  tylko spokoju. Tylko i wyłącznie spokoju… spokoju w pokoju, pokoju w spokoju…
- Ej! – pyknął małolat– odbierz ten telefon, albo wyłącz ten dźwięk, skąd się urwałeś?
- Stul pysk, gówniarzu – Powiedział sięgając po telefon i patrząc na ten sam bilbord co jakiś czas temu – Halo?
- Panie Writer. Jestem gotowa oddać w pańskie ręce mieszkanie od zaraz.
- Weronika? – zdziwił się, iż gospodarzem domu była właśnie ona. To mogłoby mieć negatywny wydźwięk w późniejszym terminie.
- Zgadza się Panie Writer. Kiedy mógłby pan do nas dotrzeć? – pełna profesjonalizmu zapytała.
- Nawet nie wiem gdzie mam przyjechać – Pierwsze. Był zdziwiony telefonem od Weroniki, tak samo jak niespodziewaną stratą kontroli nad umysłem. Drugie. Rozdrażnił go siedzący już cicho bez słowa, jeszcze bardziej zdenerwowany chłopak. Trzecie. Robiło się coraz później i ciemniej. Czwarte. Wciąż nie ruszył się  z pod dworca dalej niż na sto metrów.
- Mogę zamówić panu taksówkę bezpośrednio pod klatkę, na pański koszt – sam pisarz był pod wrażeniem jej opanowania i profesjonalizmu, naprawdę się zmieniła. – potrzebuję wiedzieć jedynie gdzie znajduję się pan w tym momencie.
- Jestem na przystanku autobusowym przed głównym wejściem do gmachu dworca kolejowego. – odpowiedział przyglądając się bezczelnie młodszemu od siebie wiekiem człowiekowi o jakąś połowę.
- Doskonale. Taksówka jest już w drodze. Do zobaczenia niebawem, - to nie był koniec wypowiedzi, ostatnie dwa słowa wypowiedziała nieco inaczej. Ściszyła głos, zmodulowała go na bardzo romantyczny i pociągający, po czym niemalże wyszeptała – Kotku.
Po czym sygnał się urwał…
Zostawiła pisarza z nowymi myślami czekającego na przystanku na samochód. Już nie pojedzie sobie nieszczęsnym autobusem numer 69, który wciąż nie odwiedził stacji.

Taksówka podjechała momentalnie. Nie zdążył nawet zabrać się za kolejnego papierosa, gdy stanęła na przystanku. Rozejrzał się, czy to aby na pewno po niego. Nikt nie zainteresował się nowo przybyłym pojazdem więc ruszył w jego kierunku. Ostrożnie otworzył drzwi do środka. Wsiadł.
Pojazd był nie nagannie wysprzątany. Siedzenia zadbane, a we wnętrzu pachniało lasem. Samochód prowadziła kobieta bliska czterdziestu lat. Miała ufarbowane włosy na blond z odrośniętym kolorem naturalnym. Popatrzyła na niego po przez lusterko i zapytała:
- Na jakie nazwisko? – miała miły kobiecy głos, niesplamiony przez papierosy. Ładne niewielkie oczy oraz zgrabną twarz.
- Writer. – odrzekł krótko nie wdając się w rozmowę.
- Gdzie jedziemy?
- Nie mam pojęcia – dopowiedział zgodnie z prawdą – osoba, która zamówiła przewóz powinna podać adres docelowy.
- Rzeczywiście, przepraszam. – Uśmiechnęła się. Taksówka ruszyła.
Pisarz nie odpowiedział jej już nic. Wpatrywał się w świat za szybą, na przechodniów, na mijających kierowców, na ulice. Starał się jak najdokładniej zapamiętać drogę z pod dworca do mieszkania. Musiał przecież wiedzieć gdzie go zlokalizują. Przyszło mu do głowy właśnie, iż mógł przecież kupić mapę miasta, w celu łatwiejszego rozpoznania. Nie zmartwił się tym jednakże, miał w końcu jeszcze trochę na to czasu. Jedyne co go trochę zaciekawiło to to jak będzie pisał przez najbliższy miesiąc, jedyną sensowną odpowiedzią było pisanie w zeszycie, który nabył przed paroma godzinami, powrót do lat młodzieńczych, kiedy to zawsze pisał właśnie tak, z powodu braku lepszego ekwipunku, z powodu ciągłego przemieszczania się. Dziś to nie problem, kiedyś jednak było nad wyraz uciążliwe.
**
Pojazd stanął.
Pisarz siedział od stronie kierowcy na tylnym siedzeniu. Patrzył na niewielki plac zabaw dla dzieci, po prawo stał budynek. Niewielki, w miarę zadbany. Ludzie było życzliwi w stosunku do siebie, niektórzy nawet się śmiali. Alternatywa.
Uregulował rachunek z taksówkarką, podziękował, wysiadł.
Pojazd odjechał.
Został sam na chodniku nieznanego blokowiska, nie wiedział, ani gdzie się teraz udać, ani co zrobić. Mógł zadzwonić do Weroniki, albo zapytać kogoś z mieszkańców o pomieszczenie należące do Alojzego Dionizego von Bielucha. Rozwiązanie przyszło nagle, bez większych komplikacji.
- Witaj – przywitała się postać zza jego pleców, dodając do tego – Ponownie
Spokojnie się odwrócił, nawet z lekka uśmiechnął – z ironią.
- Powiesz mi co tu się dzieje, czy sam mam się domyślić? –nieco zirytowany ciągłymi spotkaniami z pierwszą miłością zapytał. Nie chciał wracać do tamtych dni tak samo jak nie chciał widzieć jej w teraźniejszości. Mimo, iż kiedyś łączyło ich tak wiele to dziś nie zostało z tego nic. On sam o tym dawno zapomniał (a na pewno tego pragnął).
- Nic. Wynająłeś mieszkanie od mojego wuja, a ja mieszkam piętro wyżej, także trzymam klucze dla ułatwienia formalności.
- I nie ma w tym żadnych podtekstów? – zapytał z niedowierzaniem
- Nie.
- Doskonale – powiedział z ulgą – zatem prowadź.
W milczeniu udali się w kierunku wielkich żelaznych drzwi prowadzących na klatkę schodową. Pomieszczenie było niewielkie, schody długie i wąskie , na około nich, co piętro znajdowały się drzwi do lokali. Po trzy na poziom. Ściany były względnie wolne od malunków, farba tylko w niektórych miejscach odpadała tworząc plamy o kolorze poprzedniego barwnika. On sam miał zamieszkać na przedostatniej, trzeciej kondygnacji.  Gdy stanęli  naprzeciwko starych drewnianych drzwi z numerkiem 7 na wysokości głowy, nieco niżej wbudowano nieduży wizjerek. U góry, na framudze drzwi wyryte w drewnie zostało „Bogatym nie jest ten kto posiada, lecz ten, kto daje”. Autor miał zapytać się co to ma oznaczać, lecz poczuł, że jeszcze nie czas na poznanie prawdy, także nie specjalnie miał ochotę na dialog z ową kobietą.
Wrota zostały uchylone. Nowemu lokatorowi ukazało się ładne, czyste i odnowione mieszkanie. Schludny, jasny przedpokój, na lewo szafeczka na buty, po prawo wieszaki na odzienie wierzchnie. Na wprost znajdowało się pomieszczenie sypialne z wielkim podwójnym łóżkiem, nocnymi półkami po obu jego stronach, telewizorem naprzeciwległej ścianie, wysokim meblem z poziomymi regałami na ubrania, książki lub inne przedmioty – co kto woli. Na prawo od wejścia kuchnia z przeciętnym wyposarzeniem. Naprzeciwko, zaraz za długim korytarzem łazienka z wanną, pralką, umywalką, kloaką i lustrem.
Warunki były zadowalające dla naszego bohatera. Wszystko co potrzeba jest – prąd, ciepła woda, telewizja,  Internet, spokój i cisza. No, co do ostatnich dwóch to pewien nie był, ale jak na razie bezkonfliktowo toczyły się sprawy… nawet od strony jego pierwszej dziewczyny. Zastanawiał się tylko z jakiego powodu czynsz jest tak niski, jak na taką okolicę oraz warunki.
- A co jest w tamtym pokoju? – zapytał, zauważywszy drzwi zamknięte na zasuwkę z niewielką kłódką.
- Nic. –odparła krótko
- I tak się dowiem, w końcu będę tu mieszkał przez najbliższy miesiąc, a chciałbym wiedzieć co znajduję się w „moim” mieszkaniu. – popatrzył jeszcze raz na zamek, wskazał go
- Mówię, że nic
- W takim razie mogę wejść do środka?
- Tak.
- To czemu jest to zamknięte, do kurwy nędzy, na klucz? – zdenerwował się z lekka mężczyzna.
- Bo takie mieliśmy z wujem widzi misie.
Argumentacja Weroniki nie przekonywała specjalnie, ale co miał zrobić.
Dziewczyna podeszła do zamkniętych drzwi, wyłoniła z kompletu kluczy najmniejszy z nich i otworzyła. Wrota uchyliły się. Oni ujrzeli, za to najzupełniej w świecie pusty pokój, z białymi ścianami, o białej nie wyremontowanej podłodze, okna zasłonięte były jeszcze gazetami by nie pobrudziły się podczas malowania oraz innych prac naprawczych. Writerowi zrobiło się jakoś lżej na sercu. Po tych wszystkich Słowach, które w życiu napisał i tym co przeżył, sam zaczynał wierzyć w niestworzone opowieści. Wszedł do środka, sam. Właścicielka postanowiła pozostać w holu. Rozejrzał się, dotknął ściany popatrzył się w biel. Poczuł się trochę jak w swoim transie z przed paru godzin, ale uznał to za niefortunny zbieg okoliczności.
- Długo jeszcze masz zamiar tam stać – rozdrażniona ewidentnie powiedziała zapominając o… – Panie Writer?
- Już wychodzę – odparł szybko. Postawił kilka niezgrabnych ruchów. Był już w korytarzu, kobieta zamknęła drzwi na nowo. Udali się razem do kuchni gdzie znajdował się przyzwoity stolik do rozmowy oraz, co ważniejsze, posiłku.
Spędzili kilka chwil na podpisaniu umowy o wynajem, ustalili formę oraz termin wpłaty no i pożegnali się, niczym normalni nieznający się wcześniej śmiertelnicy. Weronika już w drzwiach przypomniała sobie o ostatnim drobiazgu:
- Byłabym zapomniała. – wróciła do kuchni, w której został pisarzyna by zaparzyć wodę na herbatę ze startowego pakietu jaki dostał od nich na dobry początek – prosiłabym o jak najrzadsze  korzystanie z niewyremontowanego pokoju oraz zamykanie go na klucz za każdym razem jak Pan go opuści. – przerwała – Proszę.
Ostatnie słowo zabrzmiało strasznie prawdziwie, czyżby zależało od tego ruchu więcej niż ślady brudnych butów na podłodze czy odciski palców na ścianach?
Writer średnio przejął się słowami koleżanki, iż zajęty był paleniem i parzeniem herbaty. Odburknął jej tylko jako potwierdzenie, że zrozumiał. Kobieta wyszła bez słowa, odkładając klucze na regał i zamykając drzwi na klamkę.
Pisarzyna udał się z gorącym wywarem do pokoju, postawił przy łóżku, położył się i leżał. Leżał i myślał. Myślał co by tu jutro zrobić. Wrząca herbata parowała. Dym z papierowa umykał. Słońce chyliło się ku upadkowi. Zegar naścienny tykał. Ludzie na ulicy żyli. Mieszańcy bloku się bawili. Pisarz usnął.
Herbata wciąż pełna stała w tym samym miejscu co wcześniej. Papieros wciąż dymił się na skraju ust palacza. Palacz usnął we wszystkim w czym się położył.
**
Miejscowość była nie najmniejsza, jak się okazało. Samo osiedle, na które się wprowadził liczyło pewno około dwóch tysięcy mieszkańców. Jego blok stanowił jednen z wielu niskich budyneczków w pobliżu. Gdy postać z papierosem pospała się na dworze jeszcze było jasno, słońce promieniało zza budynków.
Dzieci wciąż bawiły się na podwórkach, kopały piłkę, starsze dziewczyny siedziały  z telefonami w dłoniach i śmiały się z niczego. Młodzież wracała ze szkół, zajęć dodatkowych, od znajomych, bądź do znajomych zmierzali.  Starsi jeszcze pracowali, inni dopiero ją kończyli, a jeszcze inni dopiero zaczynali. Dozorca odgarniał niedawno co rozrzucony śnieg przez najmłodszych podczas bitwy na twarde, białe kule.
Miasto żyło.
Zarówno za dnia, jak i w nocy.
**
Fragment dedykowany Adriannie

Drobna kobieta przemknęła przez korytarz. Jej delikatne, zgrabne ciało skrywało się w mrokach pomieszczeń między, którymi stąpała. Dokładnie wiedziała gdzie ma się udać. Minęła jeden pokój, drugi, zatrzymała się na trzecim. Zgasiła światło i stała się tym samym całkowicie niewidzialną. Dało się dostrzec jedynie jej nagie stopy, które oświetlane przez wnętrze pomieszczenia  naprzeciw, którego stałą. Światło uciekało przez szczeliny, a ona konfrontowała się z wrotami wyrzeźbionymi i zrobionymi z ciemnego drewna. Zsunęła spodnie z nóg. Pociągnęła ostrożnie za klamkę, by nie zdemaskować swych podchodów.
Teraz była już oświetlona jasnością z wnętrza. Kierowała się do swego kochanka.
Weszła stąpając na palcach. Było parno i mgliście. Rozpięła stanik, odłożyła go na szafkę z ubraniami mężczyzny. W czarnych figach o koronkowej obwódce znajdowała się półtorej kroku od swojego partnera.
Wciąż jej nie słyszał, zajęty sobą. Myślał o wszystkim i o niczym. Przelatywała mu czasami przez głowę stojąca tuż za nim i czekająca na odpowiedni moment kobieta. Znajdował się pod strumieniem gorącej wody twarzą do ściany, mydlił swe ciało pochłonięty szumem wcale nie spodziewając się ataku, który miał nastąpić za chwilę.
Kobieta ostrożnie uchyliła drzwiczki do kabiny i wsunęła obejmując go od tyłu swymi drobnymi rączkami, nieco zaskoczony odwrócił się, lecz był już pewny siebie. Spojrzał na nią.
Miała drobną, smukła twarzyczkę, ciemnoniebieskie oczy i mocno czerwone usta od szminki, była delikatnie umalowana na oczach. Stała w spiętych włosach, cała naga, naprzeciw nagiemu przeciwnikowi, którym był on, kochanek.
Wpatrywali się w siebie bez słowa pewien czas, po czym objął ją delikatnie prawą ręką w pasie układając dłoń tak by zawadzała delikatnie o jej lewy pośladek. Ona śmielej – wsunęła się przylegając do niego i łącząc dłonie tak by dotykać gdzieniegdzie mężczyznę. Zaczęła całować go po klatce piersiowej zmierzając ku szyi, na której zatrzymała usta, i którą napoczęła całować naprzemiennie gryząc, z wprawą i wdziękiem.
Woda opadała, ogrzewając ich ciała, łącząc je i opływając.
Mężczyzna, kiedy ona ustami dotykała jego skóry, skierował głowę ku górze i zamknął oczy, najwyraźniej go to podniecało, by nie pozostać biernym skierował swą wolną dłoń ku jej proporcjonalnej piersi. Była taka jak sobie ją wymarzył. Nieco większa od jego dłoni, lecz nie na tyle duża by nie dało się jej okiełznać, komponowała się doskonale z całą resztą kobiecego ciała. Prawą ręką wirował po jej pośladku co raz opuszczając głębiej, to smyrgając po plecy, na których dało się wyczuć poszczególne kręgi niewieściego kręgosłupa.
Lewą ręką szczypał, masował, łaskotał brzuch naprzemiennie z piersiami oraz delikatnie uwrażliwiał podbrzusze partnerki. Nagle oderwał od niej obie ręce co spowodowało, iż sama zaskoczona odsunęła się od niego obejmując go dłońmi na bokach i pytającym spojrzeniem wpatrywała się mu  w oczy.
Jasnozielone oczy o wąskich źrenicach patrzyły się na nią. Wyczuwając odpowiedni moment do ataku.
Gdy najmniej się tego spodziewała pocałował ją drapieżnie i zaczęli taniec. Całowali się szybko i nieprzytomnie. Nagle zwalniali, żeby za chwilę przyśpieszyć wielokrotnie, dotykali się w tylko dla siebie dostępnych miejscach na ciele. Ściskali się i oswabadzali. Jedno wbijało się paznokciami w ciało drugiego. Drugie odwzajemniało się delikatnym dotknięciem w okolicach intymnych. Pierwsze piło, drugie puszczało. Kobieta przygryzała, mężczyzna się wgryzał. Mężczyzna szczypał, kobieta całowała, tak nie przyzwoicie i tak długo oni tylko wiedzieli.
Po długim biegu na szczyt dopadła ich nostalgia, popatrzyli na siebie, wyszeptali sława dwa po czym runęli sobie w objęcia. Tak stali nie zważając na płynące po nich strumienie wody.

I – Co z tego wyniknie… / Brudne ulice

I – Co z tego wyniknie… / Brudne ulice



Na brudnej miejskiej ulicy znajduje się niewielu mieszkańców, a jeszcze mniej przejezdnych.
Nieznajomy najzwyczajniej ubrany mężczyzna wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki paczkę tanich ruskich papierosów. Sprawdził zawartość jakby liczył, że stan się zmienił od kiedy ostatni raz doń zaglądał. Wyjął jednego mało zgrabnym ruchem dłoni i wsadził sobie do ust. Następnie wyjął zapałki jednocześnie chowając opakowanie.
Otworzył – ostania. Wyjął, przyjrzał się dokładniej, ostrożnie zapalił – zgasła. Rzucił o ziemię drewienkiem, a w miasto zaklął:
- Kurwa! – syknął, aż starsza kobieta mijająca go spojrzała się z pogardą. Nie zatrzymując się poszła swoją drogą przez życie. Brzęcząc coś pod nosem. – No cóż. Co cię nie zabije to cię wzmocni, kurwa wasza mać, mówią.
Ruszył przed siebie w mroki miasta. Mijając jednolite budynki, a wśród nich niewyróżniających się jego mieszkańców. Skręcił w lewo, skręcił w prawo, poszedł prosto przez długą ulicę, uważał by nie natrafić na już podpitych uliczników, którzy mogliby mu nieco uprzykrzyć wieczór, który i tak już nie zaliczał się do jednych z tych przyjemniejszych.
Dotarł do jednej z klatek wysokiego starego bloku, pomalowanego w szerokie pasy w dwóch odcieniach szarości, tynk odpadał ze ścian, w narożnikach śmierdziało szczynami i wymiocinami. Domofon jak zwykle nie działał. Otworzył drzwi do wnętrza obskurnego budynku,  zmęczonym krokiem wszedł do środka. Gdy zatkał dostęp świeżego powietrza dopadł go odór panujący we wnętrzu: pot, łzy i cierpienie. Poszedł nieco szybciej, też jak od niechcenia, prosto do windy. Korytarz był wąski i podłużny. Na samym końcu czekały dwie windy, jedna mała – osobowa, druga nieco większa – towarowa, nikt nigdy nie wiedział, bo nie pytał, po co ona skoro i tak nikt nie posiada klucza do drugiej części windy, tak by ją powiększyć na potrzeby transportowania mebli, lub innych bardziej obszernych szpargałów.
Otwierał już drzwi do windy, kiedy to krzyki awantury dobiegły go z korytarza obok. Jakaś lekko starsza kobieta z zachrypniętym głosem wydzierała się na, najprawdopodobniej, swojego męża, kochanka, bądź kto wiek kogo. Ciekawość pierwszym krokiem do piekieł, ale po co się takimi rzeczami przejmuje. Puścił klamkę pozwalając na samoczynne zatrzaśnięcie się ciężkich drzwi do windy. Odwrócił się powoli, kocim ruchem skierował się w pobliże korytarza, jednak tak by go nie było widać – przyglądał i nasłuchiwał w ciszy jak para małżonków wykłóca się o pieniądze, rachunki, pracę i wszystkie inne problemy dnia codziennego. Spojrzał na zegarek i uśmiechnął się. Wrócił do windy i tym razem już wsiadł do niej ignorując kto i o co się sprzecza.
Nie wyróżniała się ona standardem od całej reszty bloku – wymalowana farbami, obsmarowana przekleństwami pod adresem nie znajomych mu ludzi, policji. Numery ludzi gotowych na „przelotny numerek”, na podłodze ulotki oferujące niezapomniane wrażenia, niedopałki papierosów i wszystko co podpisuje się pod słowo „syf” można było znaleźć właśnie tutaj.
Mieszkanie posiadał niewielkie. Również stare i zniszczone, lecz mimo tego faktu zadbane. Meble, ściany pamiętają wiele bólu i cierpienia, ale także ciepła i radości.
Kiedy gospodarz zamknął drzwi na wszystkie zamki i zasuwy zapalił światło w przedpokoju. Położył na regał klucze i papierosy. Kurtkę wraz z bluzą odwiesił na wieszak, buty zdjął, ułożył równo na czarnej, włochatej wycieraczce przed szafką, gdzie teraz spoczywały [klucze]. Poszedł w kierunku kuchni znajdującej się na wprost od wejścia. Zapalił światło. Wyjął z lodówki kawałek kiełbasy ugryzł zagryzając lekko sczerstwiałym chlebem chwyconego z drewnianego chlebaka nad domową chłodziarką. Wstawił wodę na herbatę.
Kuchnia jak to kuchnia. Mały stoliczek z krzesłami pod lewą ścianą (spoglądając z kierunku drzwi), blat, lodówka, zlew i kuchenka wzdłuż jednej ze [ścian]. Mimo, iż gospodarz mieszkał sam kuchnia była wysprzątana i czysta. Jedyne niedopatrzenie z jego strony to kilka brudnych kubków i sztućców w zlewozmywaku. Mieszkaniec przypomniał sobie przegryzając kolejny kawałek mięsa chlebem o tym, że papierosy zostawił obok kluczy. Wrócił więc po nie, wyjął dwie sztuki, popatrzył na dwa walcowatego kształtu skręty o brązowawych zakończeniach (choć może bardziej początkach). Wrócił skąd wyszedł. Włączył gaz i podpalił jednego z wybranej przez siebie pary. Zaciągając się, a następnie wydychając dym z płuc odetchnął z ulgą opadając na odsunięte lekko krzesło . Wypalił papierosa, wyrzucił do prowizorycznej popielniczki zrobionej ze słoika po ogórkach kiszonych (to drugie odstępstwo w jego przyczółku).
Po krótszym czasie konsternacji wrócił do rzeczywistości i wyjął z szuflady kolejną paczkę zapałek. Schował do kieszeni obok papierosa, uważając by przypadkowo go później nie złamać siadając.
Gotująca się woda zaczęła dawać znak o swej gotowości do użycia. Para przepychała się u wylotu hucząc przy tym doniośle. Wyjął więc szklankę, nasypał trzy małe, choć czubate łyżki cukru, wrzucił torebkę niedrogiej herbaty i zalał. Przemieścił się w raz z wywarem do pokoju nieco większego niż kuchnia. Pomieszczenie znajdowało się równolegle i odgradzała je ściana, przy której znajdował się (w kuchni) stół z krzesłami. Okno naprzeciwko drzwi, po lewo (od strony wejścia) znajdowało się duże biurko z komputerem na środku. Na ścianie widniały różnorodne zdjęcia, w tym jego samego, jego w towarzystwie i przeróżne widokówki.  Na tej samej [ścianie] mieścił się także regał z dużą ilością książek. Na prawo od niego, znajdowało się łóżko oraz nieco większa szafka, w której to trzymał swoje dzieła, zapiski, podręczniki i wszelkiego rodzaju pomoce przy jego pracy, osobnik ten bowiem lubiał papier, kochał ową chropowatą, bądź śliską fakturę, kolor bieli oraz pożółknięcia (wraz ze starzeniem się egzemplarzu), uwielbiał czytywać wszystko staromodnymi metodami – na kartach papieru, niż na ekranie komputera, przenośnych czytników i innych temu podobnych urządzeń.  Na ścianie za to wisiała dużych rozmiarów mapa miasta, w którym mieszkał. Na niej to naniesione zostały różne punkty. Jedne przypinkami o kolorze czerwonym, inne żółtym, a jeszcze inne o barwie zieleni . Usiadł z herbatą przed czarnym ekranem komputera. Nacisnął klawisz startu. Zapalił papierosa i zaczął pisać.
00:58
**
Obudziło mnie szlochanie dziecka, które przez łzy błagało by puścić je wolno. Wyczołgałem się ze śpiwora. Pogładziłem swoją łysą głowę, założyłem okulary i wstałem. Namiot był nie wielki i pusty. Miałem ten przywilej jako starszy rangą mieszkać w oddzielnym namiocie, a to naprawdę powód do dumy jak na warunki polowe. Dziesięciu chłopa pod jednym dachem to nie najmilsze doznanie (którego szczęściem doznać nie muszę).
Włożyłem okulary na nos, podrapałem się po głowie i ruszyłem w stronę okna w ścianie namiotu, na  zewnątrz jakiś bachor próbował ocalić swoją matkę przed przeniesieniem. Codzienność. Niestety w takim świecie żyjemy i cóż na to poradzić. Przywykłem, i dałem się mu ponieść. Średnio wierzę w ten ideologiczny bojkot, ale kto ich tam wie? Mnie obchodzi życie moje i rodziny, a że militaryzacja jest najlepszym do tego sposobem to dlatego właśnie tu jestem. To, tak nawiasem jest jedno z bezpieczniejszym miejsc, tu nikt cię nie zajdzie od tyłu bez powodu.
Czas wstać i zrobić co do mnie należy. W końcu za coś mi tu płacą…
Pułkownik Sokołow wciągnął nienagannie przygotowany mundur, wyjął papierosa z podłużnej, metalowej papierośnicy. Buchnął dymem w głąb namiotu, obrócił się zamaszyście i wyszedł pewnym krokiem na zewnątrz namiotu. Szeregowy pilnujący wejścia do siedziby szefa obozu zasalutował kierując głowę w jego stronę.
Sokołow odpowiedział mu krótką komendą „spocznij” po czym ruszył przed siebie. Miał dziś do załatwienia parę ważnych spraw poza terenem strzeżonym. Byli bowiem w trakcie zajmowania terytoriów ówczesnej Rzeczpospolitej, teraz prawa o nie próbuje roszczyć sobie Nowe Ludowe Cesarstwo, w skrócie Nowa Rosja. Jednakże polaczki zawsze mają to w sobie, że choćby nie mieli jak to i tak będą się przeciwstawiać i pułkownik doskonale o tym wie, dlatego też większość niebezpiecznych, a zarazem kluczowych elementów układanki musiał układać sam.
W tym momencie byli dopiero na granicy, a garstka utworzonej alarmowo Milicji Narodowościowej, złożonej głównie z antykomunistycznej młodzieży, ruchów narodowościowych i kilku oddziałów regularnej policji pod dowództwem kogoś z Wojska Wielkiej Rzeczpospolitej stawiały opór wielkiej armii. To śmieszne patrząc na różnicę w liczebności, uzbrojeniu oraz wyszkoleniu. No ale tak już jest, i nic nie zmienimy. Nie bez rozlewu krwi.
Pod Połockiem, w prowincji post-Ruskiej utworzyła się milicja stanowczo blokująca ekspansje Wojsk NLC na zachód Europy. Dlatego też sam pułkownik musiał stawić im czoła.
Ruszył w kierunku strzelnicy oraz placu szkoleniowego. Obóz bowiem był ogromny. Jako, że armia liczyła średnio dwa i pół miliona żołnierzy, a na front zachodni ruszyło ponad siedemdziesiąt procent sił zbrojnych, podzielić to jeszcze na sektory, czyli obóz liczyć musiał około trzydziestu tysięcy żołnierzy plus drugie tyle w obwodzie. Ale zostawmy matematykę komu innemu. Obóz był duży.
Strzelnica obszaru w jakim się znajdował mieściła się niedaleko. Każdy żołnierz codziennie musiał spędzić odpowiednią ilość czasu na treningu. Tak więc i Sokołow musiał.
**
Wszystko zajęło mu niespełna godzinę. Zanim wrócił, opłukał się i zdążył pomyśleć, wybiło południe. Zebrał notatki, w głowie ułożył myśli i przełknął ślinę. Wyjął kolejnego papierosa i zapalił. Szedł bowiem teraz na spotkanie z przełożonym, którego zadaniem było zatwierdzenie jego dzisiejszej misji. Od tego spotkania mogły potoczyć się losy wielu ludzi, a przede wszystkim los pułkownika Sokołowa
Plan był taki:
Zdobyć i utrzymać kwaterę główną oraz centrum dowodzenia Milicji Narodowościowej.
Zlokalizowaliśmy kwaterę główną Milicji Narodowościowej, która znajduje się najprawdopodobniej w Ratuszu Miejskim.  oraz centrum dowodzenia znajduje się w budynku  posterunku policji miasta Połock. Oba budynki oddalone są od siebie o dwadzieścia minut drogi.
Plan działania: Dwa odziały A  i Ҕ [tłumaczenie: B]. Oddziałem A dowodzić będę Ja, a oddziałem Ҕ podpułkownik Iwanow. W jednym czasie zdobędziemy ważne budynki strategiczne, pojmiemy ich zarządców jak zakładników oraz odbijemy naszych żołnierzy przetrzymywanych w więzieniu na posterunku –w centrum dowodzenia. W razie niepowodzenia jednego z oddziałów budynek zostanie zniszczony wraz z całym personelem.
Cel: Niepostrzeżenie zająć oba budynki w jednym czasie odbijając jeńców oraz biorąc w za zakładników dowódców MN. Tak by milicja nie mogła się zmobilizować.”
03:14
Czas spać – pomyślał pisarz dopalając papierosa w szklance po herbacie. Przeciągnął się, ziewnął bezdźwięcznie.
Ospale wstał z krzesła zamykając przy tym niedbale komputer. Chwycił brudne naczynia i odniósł je do kuchni, szybko pozmywał, mokry papieros wylądował w śmietniku. Wrócił do swojego pokoju, popatrzył po ścianach jakby czegoś szukał. Zlustrował zdjęcia przedstawiające jego przeszłość, wziął głęboki oddech, a przy tym się zakrztusił. pokręcił głową. Rzucił okiem na zegarek wiszący na ścianie i odmierzający czas. Podszedł do okna. Otworzył, żeby po chwili zamknąć, gdyż z zewnątrz wpadał do wnętrza mroźny i o ostrych krawędziach śnieg. Zostawił tylko delikatnie niedociągniętą klamkę by odrobina świeżego powietrza ożywiła zadymione pomieszczenie.
Rozebrał się, jeszcze raz przeciągnął. Zgasił światło. Zasnął.
**
Za oknami już świtało, świat budził się na nowo. Choć o budzeniu to trochę za dużo powiedziane, w końcu mieliśmy początek listopada, a ziemia od tygodnia pokrywała warstwa śniegu,  zima uderzyła przedwcześnie i z zaczęciem miesiąca temperatura spadła poniżej zera, a zabielenie było większe niż niekiedy w nowy rok takiego nie ma.  Pisarzyna spał jeszcze smacznie przewracając się z boku na bok na swoim starym i wyleżanym łóżku.
Dzień płynął normalnie. Na podwórkach szarych blokowisk nie dało się zaobserwować niczego godnego uwagi. Dzieci jak zwykle bawiły się w śniegu, lepiły bałwany, ich matki siedziały na ławkach kołysząc niemowlaki w wózkach i popalając tanie papierosy, mężowie, a zarazem ojcowie wygrzewając w zimowym słoneczku popijali piwo rozmawiając o problemach dnia codziennego – jak to żona nie chce im dać dupy, jak to się wczoraj zalali i dostali po twarzy od swych kobiet, jakie to mieli sranie w nocy.
Dzień jak co dzień.
Autor tekstów zdążył już wstać i spalić pól papierosa ze swojej ostatniej paczki oraz zasiąść z powrotem na łóżku wpatrując się w nicość próbując znaleźć coś w jej wnętrzu. Wciągał i wypuszczał smog z płuc uświadamiając sobie, że z każdym oddechem kończy mu się czas. Po chwili zatrzymał dym w sobie, spojrzał ku oknu.
- Pierdole – wraz ze słowem wypuścił powietrze , wstając z łóżka. Rozejrzał się. Podszedł do biurka, otworzył komputer. Włączył. Wyjął coś z pułki, popatrzył na ekran, w czasie gdy ładował się system on postanowił napić się herbaty, zjeść śniadanie i wykonać telefon.
W tym samym czasie piętro niżej jakiś mężczyzna krzyczał na dziecko, które zaspało tego dnia, i przez to nie poszło do szkoły. Piętro w górę i dwa mieszkania w prawo żona okładała męża za niekompetencję, dwa piętra niżej i na lewo mieszkała samotna kobieta mająca problemy zdrowotne – chyba z sercem, i właśnie dostawała ataku. Gdzieś w centrum bloku było mieszkanie, gdzie nikt nigdy nie wchodzi i nikt nigdy nie wychodzi, ale ktoś tam mieszka na pewno bo poczta nigdy nie zalega i słychać odgłosy użytkowania, lecz nigdy nikogo nie dało się nic zobaczyć przez pozasłaniane okna, pozamykane drzwi.
- Potrzebuję się spotkać  - powiedział bez namiętnie do słuchawki.
- Masz słowa? – odpowiedział tak samo sucho rozmówca po drugiej stronie słuchawki.
- Mam.
- Dużo?
- Wystarczająco
- Ile?
- Wystarczająco…
- Dobrze – powiedział z udawaną wątpliwością – Nie spóźnij się!
Połączenie zostało zakończone.
-No to wiem co dzisiaj robię. – uśmiechnął się zapalając kolejnego papierosa. Spojrzał w swoje odbicie i pokręcił głową, potem zobaczył podwórze, na którym dwie matki wykłócały się kryjąc swoje dzieci za plecami – eh, ci ludzie, tylko by się kłócili.
Włożył na siebie ten sam zestaw co wczoraj i wyszedł.
Zapomniał o „słowach”.
Wrócił się z pod windy szybkim krokiem. Wpadł do mieszkania, nie zamykając drzwi w całym rynsztunku przeszedł do pokoju, kartę pamięci włożył w slot i wgrał cały dotychczasowy materiał na przenośny dysk. Znów spojrzał na podwórze.
Szedł już chodnikiem, na który przed chwilą patrzył z góry. Był umówiony w pewnym miejscu, o pewnej porze, z pewnym mężczyzną. Teraz wiedział jedynie gdzie i kiedy. Kierował się w celu dotarcia do punktu kontaktowego na przystanek autobusowy. Musiał wsiąść w autobus przejechać dwa przystanki, przejść przez ulicę na prostopadły przystanek, w siąść w tramwaj, przesiedzieć dziesięć przystanków do metra, a stamtąd prosto do centrum – na dworzec. Tam się właśnie umówił. W podziemiach dworca centralnego. Starych jak samo miasto, brudnych jak jego ciemne ulice, a popularnych jak nie jeden zabytek na świecie.
Drogę pokonał błyskawicznie. Nawet sam się zastanawiał w jaki sposób to zrobił. W końcu nie łatwo dostać się do centrum z przedmieścia takiej metropolii jak ta. Czekał już w miejscu ustalonym zawczasu na spotkanie z papierowym kubkiem ciepłej herbaty, kartą pamięci wraz z zapisanymi na niej notatkami w kieszeni oraz z nieodłącznym atrybutem tej postaci – papierosem.
Mijający go przechodnie nie zauważali jednostki, która zatrzymała się na moment w pogoni życia. Zajęci byli swoimi sprawami. Pan ze skórzaną teczką śpieszył się by nie spóźnić się do pracy bo to mogło by skończyć się katastrofą dla całej giełdy finansowej. Pani w eleganckiej, czarnej i nieco przykrótkie spódnicy kierowała się ku wejściu na dworzec, gdzie pewnie czekał na nią szef, a może i kochanek. Pani z dzieckiem śpieszyły się na pociąg, obrączki brak. Mężczyzna w płaszczu, zatrzymał się obok pisarza i zapytał czy nie ma może przypadkiem ognia. Starszy mężczyzna też się zatrzymał – i zapytał czy nie ma może jakichś drobnych na wino. Kobieta w wyzywającym stroju szła dumnie na nikogo poza sobą ni spoglądając…
Zadzwonił telefon. Postać w skórze z papierosem odebrała odrywając wzrok od otaczającego go skrawka świata.
- Wyjdź na parking dworca centralnego, i czekaj. – rozmówca rozłączył się.
- Zapowiada się ciekawy poranek. – odpowiedział do samego siebie wypuściwszy dym z płuc, a niedopałek wylądował na podłodze. Przydeptał go ciężkim butem i ruszył w stronę dworca. Aby po chwili wynurzyć się na świeżym powietrzu piętro wyżej.
Pod wejście gmachu podjechał elegancki, czarny samochód. Tak czysty, i błyszczący że aż surrealistyczny (uwzględniając warunki na drogach oraz pogodę). Przyciemnione okno z tylnej części samochodu otworzyło się. W środku siedział człowiek nie wyróżniający się wiele od tych, których widział niedawno wpatrując się w przestrzeń oczekując spotkania. Postać ubrana była w dokładnie skrojony garnitur,  białą koszulę z czarnym krawatem. Na skórzanej tapicerce leżała walizka. Z perspektywy pisarza nie dało się dostrzec kierowcy, ani nawet przodu auta.
Pasażer odezwał się jako pierwszy.
- Wsiadaj. – polecił.
**
Mężczyzna w milczeniu spoglądał na ulice. Miał czarne krótko strzyżone włosy, ostre rysy twarzy. Jasne, niebieskie oczy i bliznę pod prawym okiem i zadbany zarost, z pod koszuli dało się dojrzeć tatuaż na szyi, kilka grubych kruczych pasów układających się do siebie. Kierowca tak samo jak on ubrany był w czerń. Na dłoniach czarne skórzane rękawiczki. Siedzący za to na przedzie był blondynem z długimi włosami. Miał ciemne piwne oczy, nieskazitelnie czystą i dziecinną twarz. Wzrokiem nadrabiał jednak wszystko. Kiedy kierowca odwzajemnił spojrzenie pisarzowi przyglądającemu się mu uważnie w lustrzanym odbiciu tamten przeraził się i ukrył wzrok gdzieś między podłogą, a przednim siedzeniu.
Tak siedział, aż pośrednik nie odezwał się pierwszy.
- Czego od nas oczekujesz? – zwrócił się ku pisarzowi.
- Czego od was oczekuję!? – odparł ze zdenerwowaniem, lecz w porę się opanował. Rozmówca pominął to milczeniem – Potrzebuje za co żyć i najlepiej coś na zapas, tak, żeby nie stracić weny. – tym razem mistrz pióra zamienił się w dyplomatę. 
- Na kiedy?
- Najlepiej na już.
Posłaniec pomyślał przez chwilę i wycedził:
- Kiedy nas spłacisz?
- Spłacę was oddając w wasze ręce moją kolejną powieść, będziecie mogli podpisać ją, którymś ze swoich nazwisk, jak tego ostatniego. Autorem książki został gość, który nawet nie znał imienia kluczowych postaci, a on sam nigdy pewnie nie czytał jej zawartości. – wyciągnął paczkę z kieszeni, otworzył – przedostatni… - pomyślał. Wyjął, wsadził do ust – ale chuj mnie to obchodzi, ja chcę tylko moją kasę – zapalił i powiedział wciąż trzymając papierosa w ustach i chowając paczkę po zapałkach.
- Tu się nie pali! – powiedział stanowczym głosem kierowca – Czytać nie umiesz? – wskazał palcem znaczek przekreślonego papierosa na szybie.
- To kiedy dostanę moje pieniądze? – zapytał nie zważając na kierowcę (mimo wcześniej zaistniałej sytuacji).
- Dostaniesz pieniądze w tym samym czasie co my dostaniemy twoje „słowa”.
- Potrzebuję środków na skończenie powieści! – krzyknął – Muszę za coś żyć! – z reguły wyrachowany, dziś stracił nad sobą panowanie – Nie stworzę historii z niczego!
- Ile masz przy sobie?
- Kilkanaście kartek – odparł dynamicznie wypuszczając dym z ust.
- Dawaj. – rozkazującym głosem powiedział wyciągając rękę w jego kierunku.
  Tamten wyjął z wnętrza kurtki mały chip i podał go dalej. Pośrednik wpatrywał się przez moment po czym zacisnął go w ręku.
- To jak? – pisarz powoli zaczynał się denerwować. W tym samym czasie przedstawiciel wyjął z walizki przenośny komputer. Włączył. Włożył kartridża do slotu na pamięć zewnętrzną. Przegrał dokument na dysk twardy. Otworzył. Wpatrywał się w pierwszą stronę bez drgnięcia. Potem szybko przewracał kolejne strony. Zatrzymał się na ostatniej. Zatrzymał się na ostatniej stornie. Zamknął komputer i schował odłożył go na miejsce. Popatrzył się w stronę kierowcy, wymienili się spojrzeniami, wybadali pisarza.
- Tak więc panie… – zatrzymał się
- …Writer. – dokończył krótko odwracając uwagę od przechodzącej przez jezdnię kobiety w bieli.
- Tak więc, Panie Writer. Za to co już pan ma dokonamy wpłaty na dziesięć tysięcy na pańskie konto jeszcze dziś, przed północą. – Kierowca jak na życzenie, gdy ostatnie słowo zdania wybrzmiało zatrzymał się, wysiadł i otworzył drzwi.
- Jakoś muszę wrócić do domu…
Mężczyzna w garniturze sięgnął do wnętrza marynarki, wyciągnął plik pieniędzy i podał kilka banknotów w nominałach po sto pisarzowi.
-Tak więc panie Pisarzu, czekamy na pański telefon. – Uśmiechnął się krzywo – Miłego dnia.
Writer popatrzył się na kierowcę, kierowca na niego:
- Palenie pana zabije. – jakby zależało mu na życiu jakiegoś szarego pisarzyny, którego nikt nie zna i nie pozna, taka w końcu była umowa. On piszę, ale nie ma prawa podpisać, żadnej ze swoich prac własnym imieniem i nazwiskiem.
- Każdy zabija się jak chcę – zapalił ostatniego papierosa.
- Ale nie w moim samochodzie. – Odparł na pożegnanie.
Prozaik nawet się nie odwrócił, popatrzył na banknoty, na dworzec przed sobą.

wtorek, 18 grudnia 2012

50 601, czyli fazę Pisarzyna Alfa, można uznać za zamkniętą

No to druga faza za nami, teraz(niebawem) do sieci leci wersja Beta, kiedy tylko poprawnie wszystko sformatuję.
Oczekujcie!

Miasto żyło. Jak ludzie przepełnione było bólem, cierpieniem i nienawiścią, radością, zaufaniem i miłością. 


Ciekawa liczba wyświetleń oraz przedostatnia wzmianka o wersji Alfa

No to tak, mamy noc z poniedziałku na wtorek, a mi zostało ostatnie 7 stron... a pomyśleć, że dwa tygodnie temu rozpocząłem, teraz na parapecie leży stos zadrukowanych kartek o grubości dobrych 3 centymetrów. Zostały ostatnie słowa do sprawdzenia, a całość poleci w Eter jako wersja Beta.
Ktoś chętny, zapytam po raz trzeci?
Pozdrawiam i jutro kończymy!

Ps.
Ciekawa liczba wyświetleń, 1666

Słowo na dzisiaj:
"- Daleko – odpowiedział oględnie – a gdzie, to nie twój interes, do psiego kutasa.
- Fallusa to ty zostaw w spokoju – powiedział – masz cztery dni na dostarczenie powieści."

poniedziałek, 17 grudnia 2012

200 - Damy radę?

Czy możliwe, żebym dobił do dwusetnej strony?
Ależ oczywiście, że tak! Siedzę do 2 w nocy to prawda, ale skończyłem, nocą najlepiej się to czyta, a także najlepiej zmienia i przenosi na komputer. Szczerze!
Przede mną 47 stron, 10 kolejnych przechodzi przez głowicę drukarki i, albo będę je obrabiał zaraz, albo zajmę się odpoczywaniem, a do powieści wrócę jutro.
Chyba Morfeusz jednak będzie silniejszy, choć kto wie, zaczyna się ciekawy moment opowieści... Dużo tych rozdziałów się zrobiło...
Chce ktoś tą moją Betą zostać i być jednym z pierwszych recenzentów mojego pisania?
Pozdrawiam.
C.


"Patrz do góry! – usłyszał w głowie.
Znów zaczynał się denerwować
Wolność, której nie zapomnisz! – myśl nie przerywała.
 Na nowo popadał w paranoję.
Pomyśl, czy jesteśmy wolni! ­– słowa płynęły w jego głowie
Zaczynał odczuwać ogólne osłabienie i niechęć.
Tak blisko nigdy nie był nikt… - po wypowiedzeniu ostatniego wyrazu, atak psychotyczny ustąpił."

niedziela, 16 grudnia 2012

191. Niedziela.

Ktoś uwierzy mi że ten stos papieru powstał jakoś 9dni temu? Pracuję nad tym od ostatniego piątku i jestem na finiszu. Ktoś gotów na zapisanie się na listę Bet mojego projektu??