środa, 21 listopada 2012

Dzień dwudziesty pierwszy - dziś na okoliczność ładnej daty nadganiamy, ponad 2k słów - przebiliśmy 3/5 - jeszcze tydzień i koniec, a to oznacza jedno, spinę - 31 922


Opadł na znajdujące się obok niego krzesło. Przez otwarte okno widział odmalowany jednak stary plac zabaw. Matka z małym dzieckiem podawali sobie na zmianę małą gumową we wzorki piłkę. Na zmianę matka – dziecko, dziecko – matka. Wcześnie wybrali się na codzienny spacer, kobieta wyglądała na młodą, nie więcej niż dwadzieścia dwa lata miała długie blond włosy dokładnie ułożone pod kolorystycznie pasującą do pogody białą czapkę, ciepłą zarazem grubą, puchową kurtkę o barwie kremu i czarne ortalionowe spodnie.
Pomyśleć, iż zaczynał się listopad i takie warunki atmosferyczne nie są tu codziennością, o tej porze, ale cóż począć? Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, co za tym idzie klimat też się zmienia. Od kilkudziesięciu lat atmosfera wariuje coraz zażarciej, opady śniegu w lipcu, grad oraz upały w grudniu. Powodzie na zmianę z suszami. Trzęsienia ziemi, ogromne fale zalewające miasta, wybuchy wulkanów. Miliony ludzi ginęło, jedni nazywać to zaczynają Ragnarokiem, Apokalipsą, bądź po prostu końcem świata. Cóż więcej mówić? Ludzkość zbliża się wolnym krokiem do upadkowi tylko przez własną nieuwagę i ignorancję. Brak poszanowania dla otoczenia, wysysają co najlepsze z ziemi i ruszają w poszukiwaniach dalej nie zważając na przyszłość. Czym dalej w czasoprzestrzeń tym bardziej znaczące skutki zaczynała, i wciąż ma w samo destrukcję. Nie wykluczane są prognozy, iż za kilkaset, kilka tysięcy (o ile tyle nasza Matka wytrzyma) nie pozostanie minerał na minerale, a ludzie będą zmuszeniu sobie znaleźć, ewentualnie stworzyć nowy dom, który zamienią w pył o ile nie zrozumieją.
Kobieta z dzieckiem odbijały monotonie piłkę, raz jedno raz drugie. Dziecko opatulone było w podobny kostium, jaki Writer pamięta z własnych zdjęci pochodzących jeszcze z czasów dzieciństwa. Jednoczęściowy kombinezon w ciemnoniebieski z długim od kroku po szyję suwakiem oraz kapturem. Do tego duże jednopalczaste bordowe rękawiczki oraz czapka i szalik. Twarz maleństwa przykrywała w znacznej części pokrywały akcesoria anty chłodzące, lecz dało przebijały się drobne, niewinne oczka.
Chłopczyk mimo sztywnych ruchów kopał nadlatującą z wysoką częstotliwością piłkę zgrabnie i prawie zawszę w stronę matki. Oboje mieli szerokie uśmiechy na ustach, śmiali się i cieszyli chwilą, nie patrzyli na problemy liczyła się tylko zabawa. Wychowanek jeszcze nie miał pojęcia, że jedno z rodziców niebawem wyjedzie daleko i być może nie wróci.
- Wszystko w porządku? – Zapytał zdziwiony Alojzy, który podszedł do pokoju.
- Słucham? – wyrwany, zapytał odruchowo.
- Pytam, czy wszystko w porządku – powtórzył.
- Tak, tak – odparł mu na biegu jeszcze nie do końca powróciwszy do rzeczywistości.
Odpowiedź nie był z godna z prawdą, ale intuicja wygrała szybkością z  ciekawością. Jednak nie dał za wygraną.
- Co się stało z tym pokojem? – złapał mężczyznę za ramię.
- A co się miało stać? – starzec stanął po zadanym pytaniu.
- Kiedy wynajmowałem ten lokal, Weronika – tu na chwilę utkwił – drzwi zamknięte stały na kłódkę, po której dzisiaj brak śladu, a po drugie, gdy weszliśmy obejrzeć te pomieszczenie było kompletnie białe. Chciałbym dlatego wiedzieć dlaczego dzisiaj jest ono pełne mebli.
- O czym pan mówi? – dziadyga zapytał przejęty i zdziwiony niczym Pisarz przy pierwszym zetknięciem z wyposażonym pokojem – całe mieszkanie zostało oddane do użytku i nie mam pojęcia o co chodzi z żadną kłódką.
- Mogę przysiąść, że w tym miejscu znajdował się zamek – pokazał na drzwi gdzie ostatnio znajdywało się zamknięcie  - nie rozumiem…
Zrezygnowany porzucił temat, a obaj siedzieli już w średniej klasy samochodzie. Kierował pan Bieluch, pisarz zanim odjechali widział jeszcze cząstkę szczęśliwej rodziny wciąż bawiącą się na szarym podwórku. Uśmiechnął się patrząc na ich dostatek.
- Wracam do siebie.
- Słucham? – zapytał zdziwiony mężczyzna.
Radosny pisarz w końcu zrozumiał, że najlepiej nie jest mu wcale w luksusach i pięknych blokach z miłymi sąsiadami, a najlepiej czuje się między prostymi mieszkańcami brudnych podwórek, które zawsze pełne są uczuć – gniew, radość, żal, zaufanie, ból, podziw, odrzucenie, troska. Tam jego dusza czuje się wolna. Nie chciał wiedzieć, czy to co się stało przez ostatnie dni w jego głowie, miało się dopiero wydarzyć, a może była to przestroga. Nie miał ochoty dowiedzieć się o tym tak samo jak pewność rozpierała jego ciało, że wraca do domu, gdzie będzie żył tak jak ma na to ochotę.
- Słucham? -  powtórzył nieco zdenerwowany. Zatrzymał pojazd przy chodniku mało znanej pasażerowi ulicy.
- Wracam do domu, proszę zawieźć mnie najpierw w sprawie wpłaty, a następnie bezpośrednio na dworzec.
- Coś się stało?
- W sumie to wiele – odpowiedział zgodnie z prawdą – jednak jest to zbyt trudne do wytłumaczenia. To po prostu jest, a ja muszę sobie z tym poradzić.
- W takim razie nie naciskam.
Samochód ruszył na nowo.
Mijali te same ulice, chodniki, drzewa co jadąc kilka dni temu taksówką. Po kilku kilometrach ulicą główną skręcili w prawo – w wąski, odrestaurowany zaułek gdzie pierwszym lokalem właśnie był punkt transakcyjny. Na szyldzie widniała duża litera „M”.
- To tutaj – oznajmił kierowca – poczekam tutaj.
- Masz jakiś numer konta – pierwszy raz zwrócił się do Alojzego Dionizego von Bielucha bezpośrednio – jakoś muszę przelać pieniądze
Uśmiechnął się.
- Mam. – Wyciągnął z kieszonki w samochodzie wizytówkę z danymi – tu znajdziesz wszystkie potrzebne ci informacje.
- Dzięki.
Dionizy uśmiechnął się teraz do niego, tylko jakoś krzywo.
Prozaik stał na środku chodnika mijany przez przypadkowych przechodniów. Starszych bądź młodszych, jedni zwrócili uwagę na stojącego na samym środku człowieka, inni mijali go podążając swoimi ścieżkami nie zwracając uwagi na jednego szarego przechodnia.
Czy na pewno szarego?
Prozaik stał na środku chodnika mijany przez przypadkowych przechodniów. Starszych bądź młodszych, jedni zwrócili uwagę na stojącego na samym środku człowieka, inni mijali go podążając swoimi ścieżkami nie interesując się szarym człowieczkiem, który unosił dłoń w celu zatrucia się po raz kolejny nikotyną. Gdy zakończył swój rytuał ruszył do drzwi z tekturką w dłoni.
Wnętrze lokalu odzwierciedlało ducha czasu – proste, ubogie w kolory. Równe bryły ubrane w jedną barwę oraz otoczenie kontrastujące. Na prawej ścianie znajdowała się informacja oraz biuro szybkich transakcji, po lewo od wejścia boksy dla osób zaznajamiających się z funkcjonowaniem instytucji. W rogu znajdował się także komputer służący pewno również do celów płatniczych.
- Chciałbym dokonać transferu pieniężnego – oznajmił sucho młodemu mężczyźnie w czarnych wąskich okularach.
Nie zareagował na prośbę pisarza.
Obcięty schludnie, z niewielką bródką, w różowej koszuli w prążki.
- Chciałbym dokonać transferu pieniężnego – podniósł głos nie doczekawszy się odpowiedzi od obsługi.
- Słucham? – wyrwany z pracy nad dokumentami spojrzał na klienta i kartkę w ręku – czym mogę służyć.
Wciął głęboki oddech.
- Chciałbym… – zirytowany powtórzył po raz trzeci - …dokonać transferu pieniężnego.
- Na jakie nazwisko – na to podał mu kartkę z danymi Alojzego.
- Doskonale – przeciągnął przyglądając się wizytówce – a pański numer klienta.
- 511… 051… 463 – powoli podyktował obsługującemu go człowiekowi
- … 463 – zawtórował członek punktu – jaką kwotę panie…
- Writer.
- Słucham?
- Tak proszę się do mnie zwracać – grzecznie nakazał – Panie Writer.
- Jaką więc kwotę chce pan przelać, Panie Writer?
- 1024.
- Doskonale – uśmiechnął się do niego mężczyzna w okularach – jeszcze tylko… – wyrwał nowo wydrukowany dokument i podał go do podpisania – autograf poproszę i gotowe.
Chwycił długopis po czym przeciągnął go po papierze tworząc mało czytelną parafę. Skierował oczy na pracownika, narzędzie wylądowało na blacie.
- Popatrzmy. – Przejrzał oczyma po kartce - … doskonale. – zatwierdził, i kiwnął na pożegnanie.
- Kopia? – zapytał sucho
- Racja, racja… gdzie ja mam głowę? – uderzył się  w czoło i podał identyczny kawałek papieru pisarzowi – oto i kopia.
Złożył powolnie kartkę dwa razy na pół i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Spojrzał na pracownika zajętego na nowo stosami makulatury. Rozejrzał się po pomieszczeniu.
Pusto. W pomieszczeniu nie znajdował się ani jeden klient prócz niego. Dziwne.
Jednak był tam bankomat, to mu wystarczyło. Udał się zatem po gotówkę.
Po chwili gotowy był do podróży.
Obrócił się i stanowczym krokiem opuścił obszar zamknięty. Wypalił w drodze do samochodu jeszcze jednego papierosa. Ulica też wydała się jakaś wymarła. Minął tylko starszej daty kobietę w wy chodzonej kurtce, długiej ciemnej spódnicy i ciemno różowej czapce. Szła o lasce z siatką pełną zakupów. Nie śpieszyła się, w pewnym wieku staje się to trudnością. Zmierzała powolutku od strony głównej alei w głąb małych i coraz to rzadziej odnowionych kamienic.
- Nienawidzę takich miejsc, możemy już jechał?
- Ależ oczywiście – zwolnił hamulec i zawrócił na drogę – a co z rzeczami, które zostały w mieszkaniu?
- Wyśle mi je pan na ten adres – naznaczył na odwrocie wizytówki, jaką dostał kilka chwil temu adres zamieszkania.
- Dobrze, skoro tak.
- Tylko wdzięczny będę za pośpiech, gdyż zapomniałem swojego zeszytu, a w nim mam notatki dotyczące powstawania książki.
- W taki razie przesyłka jeszcze dzisiaj wyląduje na poczcie.
- Dziękuję. – mijał najnormalniejszych przechodniów, samochody większe, mniejsze, bardziej, mniej zniszczone użytkowaniem – jest to ważne dla mnie, aby mimo wszystko nie czytał pan zawartości.
Popatrzył się dziwnie na niego, ale zachowując zobojętnienie odparł:
- Oczywiście. To pańskie dzieło. Przeczytam je dopiero gdy zostanie opublikowane.
- Oczywiście. – dodał, wiedząc, że nie do końca tak to będzie wyglądać.
- Jakkolwiek by ona nie została podpisana – uśmiechnął się nie jednoznacznie. Pisarz jednakże wolał nie ciągnąć wątku.
Jechali w milczeniu do samego dworca.  Gdzie uściskiem dłoni pożegnali się, nie wspominając słowem o Weronice.
Siedział na nowo w zadymionym przedziale zniszczonego pociągu. Pisarz w ścisku i zaduchu wypacał się do nie przytomności. Kochał się jak pies z kotem z tłumami. Do tego zablokowane okno i dym od papierosów. Naprzeciw niemu siedziały trzy osoby. Matka, syn i dziad. Zarówno rodzic jak i mężczyzna trzymali w dłoniach papierosy zatruwając dymem dziecko. Oboje zniszczeni od nadmiernego palenia. Gruba brzydko umalowana kobieta zaciągała się wpatrując się w swoje odbicie w szybie i wyglądała jakby liczyła sobie zmarszczki, bądź pryszcze – trudno ocenić. Nierówno podmalowane oczy czarną kredką i czerwone, popękane usta.
Pisarzyna zastanawiał jak można się z czymś takim… Nie, nie miał ochoty na rozmyślania tego kalibry, a co dopiero spłodzić potomstwo.
Straszne, skrzywił się po dłuższe obserwacji. Jednak dziecko nie było aż tak szkaradne, widocznie musiało wdać się w ojca.
Dziadek też nie było obrzydliwy, nie wliczając wielkiej czerwonej krosty nad okiem.
Autora słów zawsze przerażały takie detale, bo znając siebie nie wytrzymałby z wystającym kikutem, a przypadkowe zerwanie mogłoby skutkować nie najmilej dla jego osoby.
Miał mnóstwo zmarszczek i znamion jednak znaczenie tego dodawało mu charakteru niż obrzydzało, w porównaniu do synowej.
W lustrze po drugiej stronie przedziału widział sąsiadów z kanapy. Siedziała obok niego para staruszków nie wyróżniających się specjalnie, nie palili jednak ani razu od kiedy pociąg ruszył, trapił go powód jazdy w pomieszczeniu tak zadymionym z braku głębszego powodu.
A może właśnie mieli powód…
- Przepraszam – odważył się na rozmowę.
Wszyscy członkowie podróży spojrzeli się na niego.
- Czemu państwo jadą w przedziale dla palących nie paląc? – skierował się bezpośrednio wychylając się by obejmować wzrokiem obojga sąsiadów
- To proste – uśmiechnął się mężczyzna – lubimy się biernie zaciągać.
Odpowiedź była naprawdę zaskakująca, bowiem nigdy nie spotkał osób zaciągających się jedynie w sposób bierny. Kobieta widząc twarz chłopaka dodała.
- On żartował – skazała kciukiem na męża – po prostu skończyły nam się fajki – po czym oboje zarechotali.
Pisarz też się uśmiechnął i wrócił do pozycji z przed rozmowy.
Rozwikłał drobną zagadkę zwykłym pytaniem. Czuł się z tym lepiej.
Do stacji końcowej wpatrywał się w mijaną przestrzeń.
Dom. Drzewo. Krzak. Krzak. Dok. Drzewo. Ulica.
Jednak wszystko razem tworzyło obrazy podmiejskie, a czasami wręcz bezludne. Pokryte warstwą śniegu pola, a na około nich drzewa tak samo białe. Porównywał pejzaże zimowe do tych, jakie mijał latem, bądź jesienią przemierzając te trasę.
Nie raz używał kolei, i nie raz przemierzał regiony, we wszystkich kierunkach. To było jego zajęcie – poznawanie. Poznawanie i zapisywanie. Zapisywanie prawdy przetworzonej na fikcje. Uwielbiał to. Był Pisarzem. Nie zwykłym pisarzem, który piszę dla pieniędzy, mimo iż robił to właśnie dla dobra materialnego, jednak czynił to głównie dla pasji. Zaspokojenia się wewnętrznie. Wypowiedzenia się w wielu sprawach, jakich bez pisania dyskusja stanowiłaby duży problem.
Mijał nieodśnieżone samochody, śliskie ulice, białe podwórza z drzewami. Dzieci bawiące się bezbarwnymi soplami. Zima! W listopadzie….
- Dworzec zwierzchni Stolicy – odezwał się głos z sufitu.
Koniec – pomyślał sobie – nareszcie – dodał wstając i sięgając po ciężką kurtkę pozostawianą na półce ponad głowami.
Po opuszczeniu pociągu nie wiedział co ze sobą zrobić. Miał kilka pomysłów jednak nie miał pojęcia, który okaże się najbardziej owocny. W ścianie budynku znajdowało się okienko. Podszedł do niego i zakupił średnich rozmiarów notesik i długopis.
Miał plan. Nie sprecyzowany i mało oczywisty, jednak zamierzał go dopełnić…

wtorek, 20 listopada 2012

Dzień dwudziesty - 29 900


- W takim razie proszę za mną – nie przyznał, jednak przedmowa Writera nieco go poruszyła i nie protestował jego słowom – pod blokiem stoi mój samochód  pojedziemy, zapłacimy i nie zobaczy mnie pan, aż do końca miesiąca kiedy to spotkamy się w sprawie kluczy.
- Doskonale – ruszył w stronę kluczy zostawionych na komodzie nieopodal wyjścia – powiedzcie mi jeszcze tylko czemu... – spojrzał na drzwi zamknie codziennie kłódka - … te drzwi, są zamknięte.
Blokady nie było. Staruszek krzątający się jeszcze po pomieszczeniu gastronomicznym nie zwrócił uwagi na jego zaskoczenie i szybki krok w kierunku niegdyś białego pokoju.
Zatrzymał się na sekundę trzymając za starą klamkę, spoglądał pytająco na staruszka, który ignorował jego spojrzenie dopijając herbatę.
Popchnął drzwi, a przed nim znajdowało się teraz kompletnie umeblowane pomieszczenie. Naprzeciwległej ścianie duże biurko, starej daty tapczan po lewej, na środku krzesło. Naokoło sekretarzyku półeczki, szafeczki i okna na obu ścianach. Nie mógł uwierzyć, jeszcze wczoraj wchodził tutaj z Weroniką, a w pokoju nie było jednego mebla. Wszedł nieśmiałym krokiem, stąpał po woli nie mogąc uwierzyć w to co się dzieje, ani w to co widzi.
Podparł się o krzesło i rzucił oczami po ścianach.
Nie potrafił wyjść poskładać tego co widzi z tym co pamięta. 

Dzień dziewiętnasty - trochę późno, lecz wczoraj mi net wariował - zbliżenie do 3/5 - 29 700

Dosypał niepośpiesznie kolejną porcję substancji pobudzającej.
W oczekiwaniu na gotowość substancji składowych, odwrócił się w stronę rozmówcy i trzymając znowuż stalowy sztuciec w dłoni i przekładając go nerwowo:
- Mogę… - zadał pytanie nieśmiało - …mogę wiedzieć, jak?
Sam nie miał pojęcia, czy interesuje go ta informacja, jednak mężczyźnie mogło zrobić się lżej na duszy, gdy porozmawia o tym z kimś z zewnątrz
- Policja twierdzi, że było to samobójstwo – odpowiedział mu niezwykle zgrabnie, bez namiętnie oraz szybko. W poprzednich słowach dało dostrzec się wahanie, teraz wyrazy płynęły niepowstrzymanie – znalazłem ją, w wannie z podciętymi rękoma. Żadnego listu, żadnych nerwowych telefonów. Nic.
- A pan? Co o tym myśli?
Odpowiedziała mu pustka. Alojzy patrzył się przed siebie z otwartymi wielkimi oczy, z obojętnymi siwymi brwiami.
Woda się zagotowała. Czajnik huczał niczym lokomotywa parowa kiedy cząsteczki parującego tlenku wodoru  uchodziły z zamkniętego obiektu. Chwycił za gorące uch i przechylił bezpośrednio nad z grubego szkła szklanką. Naczynie wypełniło się wrzątkiem unosząc papierową torebkę ku górze. Po kilku sekundach, gdy prozaik potrząsł tutką z ziołami w bezbarwną ciecz zaczęły wplatać się brązowawe elementy. Po chwili cały kufel zabarwił się jednakowo, a para unosząca się znad parzyła w dłonie. Chwycił za uchwyt i przeniósł na stół obok siedzącego staruszka, który mimo okoliczności uśmiechnął się życzliwie do pisarza.
- Wiesz co myślę? – zwrócił wzrok na rozmówcę – Wierzę im. Była naprawdę, naprawdę dobrą dziewczyną, ale miała problemy – poczekał - ze sobą. Nie mówiła o nich, ale dało się spostrzec. – patrzył się teraz w jego oczy, obaj spoglądali sobie w nie – zapytasz czemu nie zapytałem? Pytałem, wiele razy, ale nie chciała rozmawiać, a siłą jej do tego zmusić nie potrafiłem. Może to moja wina także, może nie. Któż to wie?
- Nie zadręczajmy się takimi dywagacjami. – poradził młody staremu – odeszła, i nie wróci. Musimy nauczyć się z tym żyć.
Mężczyzna wstał, wsunął krzesło, obie ręce położył na oparciu i spokojnym głosem wypowiedział:
- Spróbuj przekazać takie słowa jej rodzicom, już tu jadą. Należność za twoje mieszkanie posłuży nam za organizację transportu. Jeżeli mógłbyś… - nie dokończył
- Mógłbym, ale aktualnie nie jestem świadom gdzie znajduje się najbliższy punkt transakcji gotówkowych.
- Ależ to nie problem – z pod płaszcza wysunął się niewielki mózg elektronowy – mógłbym tylko zawczasu zdjąć z siebie odzież wierzchnią?
- Wolałbym mimo wszystko, nico bardziej tradycyjne metody – pomyślał o wyciągu transakcyjnym i długopisie – nie ufam cudom techniki.
- Nie dobrze, ponieważ są one o niebo łatwiejsze w obsłudze niż tradycyjne zastosowania. Wszystko przyśpiesza się o godziny. To nasza przyszłość – traktował staruszek.
- Przyszłość to stworzymy my, a nie pieprzone zabawki, wirtualne światy czy przyśpieszenie życia. To co tworzymy od stuleci z każdą chwilą kradnie nam coraz to więcej tego co nazywamy codziennością i istnieniem ludzkim. Za kilka set lat nic nie zostanie z uczuć, kierowania się sercem i wolności wyboru. Zaplanujemy sobie życie od narodzin do dnia zgonu – zadumał się nad kolejnymi słowami – ot co, i będziemy mieli kolejne armie bez mózgów i znów zaczniemy się bić, a potem zostanie już nic.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Noc z osiemnastego na dziewiętnastego - nie dużo, ale i nie mało, prawie dwa minima - 29 183


Biała, gęsta, mleczna breja, w kredowej walcowatej misce podanej na szarej tacce, leżąca na bladolicym stole.
Zjadł, albo raczej wchłonął pokarm i siedział. Otworzył sobie zeszyt spoglądał poczytując napisane wcześniej fragmenty. Zastanawiał się, czy to wszystko ma sens, wydawało mu się, iż to nie on to pisał, wydawało się dobre i podobne jednak coś mu w charakterze i słowach nie pasował. Sam nie wiedział co…
I tak nie miał nic ciekawszego do roboty.
*
- Panie Writer. Ma pan gościa. – powiedział głos ze ściany po czym fragment jednej ze ścian uchylił się, a z cienia wyszła postać w codziennym ubraniu, mężczyzna. Około dwudziestu pięciu lat.
- Łukasz? – podniósł się z krzesła jednak usiadł gdy jego twarz nie okazała żadnego uczucia na jego obecność. – Powiesz mi co tu się do cholery dzieje? – oburzył się.
Chłopak podszedł do stołu, stanął naprzeciw niemu, chwycił otwarty zeszyt nie odrywając wzroku.
- A jak sądzisz? – zadał mu pytanie, po czym sam odpowiedział – o to tu chodzi – postawił mu przed oczami zapiski – o słowa, o twoje słowa. – zatrzymał monolog – o to co piszesz i kiedy piszesz. Jak piszesz i… dla kogo piszesz.
- Dobrze, a czemu siedzę w pokoju bez klamek i wpierdalam jakąś glutowatą breję? – wyjaśniał swoje położenie – więzicie mnie – spojrzał w górny róg pokoju – dałbyś mi chociaż fajka.
- Siedzisz tu, by łatwiej było cię kontrolować i mniej na ciebie wydawać. Byłeś niesforny i teraz musisz ponieść tego konsekwencje.
- Co ja wam zrobiłem?
- Zdradziłeś, a to najgorsze co być może.
- Nie zdradziłem! Ty zajebany idioto! To że twój komputerowy mózg tak powiedział to nie znaczy, że to prawda. – przetarł ślinę, którą sam się opluł. W oczach chorego, zaczynał błyszczeć strach – Wydaje ci się, że się nie mylisz? Mylisz się, tylko boisz się do tego przyznać i tu też się mylisz. Boisz, się a to takie samo uczucie, a skoro czujesz… - usiadł pewnie widząc przerażenie w jego spojrzeniu - … to i się mylisz. Teraz się boisz, prawda? – uśmiechnął się delikatnie.
- bbbbbb….. bbbbb… - zaczał jęczeć, bełkotać, wić się. Upadł na podłogę. Pisarz popijający wodę nie myślał o reakcji, śmiał się w duchu. Pokonał go, może nawet przeciągną na swoją stronę, może w przyszłości, może już teraz.
Z podłogi zaczął wydobywać się gęsty dym. Pisarz zerwał się na równe nogi, zasłonił ręką twarz i czekał, wszedł szybko na stół zrzucając z niego naczynia prosto na leżącego już nieruchomo niepełnosprawnego psychicznie, starał się pięścią wolnej ręki zerwać miękką powłokę, bezskutecznie.
Opadł na podłogę. Zatruł się.
*
Obudziło go natarczywe stukanie w drzwi wejściowe.
Leżał sobie jeszcze smacznie w łóżku na prawym boku, pod miękką i ciepłą kurtką, za oknem wschodziło teraz słońce budząc na nowo życie. Na nowym jeszcze nie wyleżanym materacu, w ogromnym dwuosobowym łożu.
Jednak rytmiczne uderzenia wytrąciły go z równowagi i wstał po czym szybko ruszył do wejścia.
Pukanie umilkło. Stanął jak wryty. Przypomniał sobie wszystko to co się stało.
Zastanawiał się czy to był tylko sen, czy może prawda, a może to ten gaz, może teraz majaczy, albo starają się mu wmówić to, a tak naprawdę obserwują i podsłuchują jego osobę.
Pełna inwigilacja.
Nie chciał jednak oceniać sytuacji zbyt pochopnie. Podszedł spokojnie pod drzwi. Wyjrzał przez drzwi, stał w nich starszy mężczyzna podobny do Pana Alojzego Dionizego von Bielucha, właściciela tego lokalu. Spojrzał jeszcze raz, potem sprawdził godzinę.
7.59
- Tak?
- Dzień dobry panu – powiedział uprzejmie, a gdy tamten uchylił drzwi kontynuował – mamy do załatwienia sprawy finansowe.
- To znaczy? – odpowiedział mniej grzecznie, z faktu, że gość przychodzi o stanowczo wczesnej porze budząc go ze snu, mimo iż spanie nie było jednym z lepszych pobudka wywołała niechęć do nie zapowiedzianego wizytatora.
Otworzył wierzeje wpuszczając Alojzego bez odpowiedzi.
Przybyły mężczyzna nie czekając na zaproszenie udał się do pomieszczenia po prawo – do kuchni. Usiadł w całym rynsztunku na krzesełku i czekał. Oczekiwał i posiadywał.
Mistrz pióra z papierosem w ustach wszedł do tego samego pomieszczenia i nie zważając na człowieka zaparzył sobie herbatę z większą ilością cukru niż zwykle, oddychał i wydychał smok zatruwając swoje ciało.
- Zabijasz swe ciało, niszczysz swoje zdrowie. – powiedział mu niedbale Bieluch znajdujący się teraz przy otwartym oknie.
Do zamglonego i śmierdzącego mieszkania wpuszczono nowe, świeże powietrze, któro w procesie dyfuzji zastąpiło zużyte na zdatne do życia.
- Tak więc… - wdychając powiedział - … o co konkretnie się mamy dzisiaj spierać. Podpisałem przecież papiery, zostawiłem autograf, a pieniądze zgodnie z umową dostarczyć mam… - pomyślał chwilę - …pańskiej bratanicy do końca miesiąca.
- To prawda, jednak wolałbym załatwić to już teraz – dało się dostrzec zmianę w postaci, która dzisiaj go nawiedziła – tak na wszelaki wypadek.
Obecny gospodarz oparł dłonie o stolik, nachylił się w stronę rozmówcy i tak rzekł:
- Panie Bieluch, rozumiem wątpliwości, jednak umowę podpisaliśmy, a w niej o terminie wpłaty. – Popatrzył na szklankę z herbatą, potem odetchnął rześkim powietrzem – mimo iż szanuję pańską osobę to nie lubię niezapowiedzianych zmian, zwłaszcza w porozumieniach.
- Nie przyszedłem tutaj dyskutować, albo załatwiamy interesy na miejscu, albo może się pan wynosić.
Nie podobało się Pisarzowi podejście staruszka. Zmieniło się diametralnie do tego jak rozmawiali ze sobą… wczoraj… a może to nie było wczoraj?
W każdym razie miał pewność – umowa jest, i data wpłaty nie zmienną pozostanie. Nic go tu nie trzyma, może w każdym momencie stąd odejść. Natchnienie powstanie zawsze i wszędzie.
- Coś się stało, że nagle oczekujecie ode mnie gotówki? – zrobił się ciekawy, bo w zależności od odpowiedzi jego decyzja mogła ulec zmianie.
- Nie twoja sprawa, synu. – rozdrażniony A.D. von Bieluch zareagował krótko.
- Nie chce być nie miły – zaczął spokojnym głosem – ale jesteśmy umówieni na konkretną datę, która to jeszcze nie nastąpiła – właściciel nie przerywał mu – dostaniecie swoje pieniądze na czas. Nie wcześniej, nie później.
Dziadek już chciał coś odrzucić, ale tamten mu nie dał.
- Chyba, że poznam powód, wtedy będziemy mogli porozmawiać o aneksowaniu konwencji. – uśmiechnął się popijając herbatę.
- Weronika… – przetarł zaszklone oczy, zdjął szalik i czapkę, opadł na krzesło - … ona… - mówił z trudem - … się zabiła. – schował twarz w ręce.
Zapadła cisza. Jak gdyby nie tylko w domu, ale i na świecie. Wydawało się, że wiatr przestał wiać, drzewa kołysać, ptaki śpiewać. Zapadła cisza, a on nie był już w domu, a na polanie, zielonej polanie w wielkiej dolinie znanej ze swej młodości kiedy to opisywał poczynania dzielnego Hrabiego, który to bił pogan swym wspaniałym mieczem.
Wczuł się i widział jego oczyma, jak i oczyma jego braci.
*
To był słoneczny i piękny dzień. Wiatry chłodziły nagrzewaną przełęcz w kwiaty i zieleń ubraną. Drzewa w dolinie pod Roncevaux umoczone w słońcu promieniały, różnobarwne kwiaty upiękniały kotlinę, zwierzęta dawały jej ducha, jedne polowały inne były zaledwie pokarmem, małe ptaszynki nuciły, większe wznosiły się majestatycznie w przestworzach przemierzając tereny zielone, które niebawem miał spłynąć czerwienią.
Jasne światło Heliosa odbijało się na lśniących zbrojach saracenów. Zbroili się poganie bowiem. Wdziewali pancerze , wszyscy prawie w potrójne druciane koszule ubrani, wiązali już wyborne saragoskie hełmy, przypasywali piękne miecze z wiedeńskiego stali, bogato zdobione i dobrze robione tarcze mieli, walenckie włócznie i sztandary w bieli, czerwieni i błękicie skąpane. Muły i koniusze pozostawiali, siedzieli na koniach i w zwartych szeregach jechali.
Tysiące trąb grało, iżby podnieść na duchu pogan, a Francuzów strach wywołać.
Francowie słyszeli, Oliwier przyboczny Rolanda, który to dowódcą na straży tylnej stał, kiedy to Król Karol do domu wracał po udanej wojence w Hiszpanii, wstąpił na wzgórze i spoglądając w zielenią pokrytą dolinę, spostrzegł pogoń zapowiedzianą dumnymi trąbami. Woła do swego towarzysza:
- Od strony Hiszpanii słyszę hałas, widzę tyle błyszczących pancerzy, tyle lśniących hełmów! Wiedział o tym Ganelon, przebiegły zdrajca, który wobec cesarza nas naznaczył!
Roland gniewny na przyjaciela nakazał mu milczenie. Zdradziecko nazwany Ganelon był bowiem ojczymem jego.
Oliwier wstąpił na wzgórze, widok szerokiego królestwa hiszpańskiego, a tam w dole Saracenowie, zebrani w liczbie wielu. Hełmy, strojne złotem i drogimi kamieniami błyszczały. Tarcze i zbroje szmelcowane i włócznie i chorągwie wiszące u żeleźców. Żwawo zszedł ze wzgórza by opowiedzieć pobratymcom co ujrzał.
- Rolandzie, mój bracie, przyjacielu – nawoływał go towarzysz – Karol usłyszy, zawróci swą hufce, wspomoże nasz wszystkich.
Baron tak mu na to rzekł:
- Nie daj Bóg, aby moim imieniem własny ród zhańbiono i aby piękna Francja w pogardę pójść miała! Lepiej będę walił Durendalem co sił, mym mieczem wysłużonym, co noszę go przy boku. Ujrzycie brzeszczot Jego skąpany we krwi bluźnierców. – W zadumie skierował wzrok na dolinę, gdzie grzmiały krzyki nieprzyjaciół –Zdrajcy poganie zebrali się na swoje nieszczęście. – teraz swe oczy odwrócił na przyjaciół – Przysięgam ja, wam! Wszyscy skazani są na śmierć!
Oliwier nie ustępliwie chciał przekonać by w róg dął, by nawrócił legiony króla, sami bowiem rady nie dadzą nieprzyjaciołom. Dowódca  jednak słuchać go nie chciał, jego duma i strach przed hańbą przysłoniła mu prawdę, nie dawał się przekonać, sam w bój iść chciał w ojczyzny imię, na jej cześć zabijać wrogich zjadaczy chleba.
Turpin, arcybiskup sprzągł konia i zjechał żwawo na łysy pagórek by pobłogosławić tłum wiernego rycerstwa. Francuzi zsiedli z koni i uklękli wszy w kierunku pasterza poprosili o błogosławieństwo przed bojem. Dostali pomyślność z pokutą ino będą walić we wroga.
Przez wąwozy ziem hiszpańskich jechał cwałem na swym chyżym koniu, Wejlantyfie, baron Roland. Przybrany w zbroję, zdobiącą jego osobę, wraz z włócznią w ręku. Ku niebu obrócone ma ostrze, do żeleźca czysty proporzec przytwierdzony, jego frędzle uderzały o ręce dowódcy. Na jasnej twarzy mienił mu się uśmiech, tuż za nim jechał, ten którego Francuzi wołali swą tarczą. Mówi, iż wraz z wieczorem, wezmą w swe ręce piękne i bogate łupy, iż poganie przychodzą tu po nic innego jak po swe męczeństwo.
Jednakże jego towarzysz nie zgodnie z nim, uznał, że czas na rozmowy nie nastał. Że nie użył rogu, i Karola nie wezwał. Waleczny król nie wiedział przez to nic o natarciu. „Ruszajcie zatem na pogan z całym męstwem!” Wykrzyczał do nich, na to oni odparli mu „Montjoie!”. Potem ruszyli w bój najpierw stępem, potem kłusem, cwałem wreszcie, oh mój Boże! Jakże wspaniała to była jazda! Gotowali się w swych lśniących pancerzach, w dumnych hełmach i z proporcami na włóczniach.  Bez strachu oraz oporu Saraceni przyjmowali ich bojowy rytm, już się spotkali, już się bili, już cieli – na lewo, na prawo.
Deszcz czerwieni pokrył dolinę.
Geryn, jego towarzysz Gerier oraz Anzeis bili wrogów, Malprymisa, Emira, Turgisa. Kruszyli tarcze, hełmy, cieli mięśnie przeciwników, rozpruwając ciała, rozrywając zbroje. Odcinali łby, ręce i nogi. Zrzucali po czym taranowali rumakami.
Wspaniała to była bitwa, Hrabia Roland wcale nie oszczędzał siebie, ani swego ogiera. Wkładał włócznię w boki nieprzyjaciół póki drzewiec cały, nie połamany. Po pięciu, dziesięciu, po piętnastu ciosach ułamał się, a nieustraszony Roland dobył swojego druha w boju, Durendala. Ruszył na Szernubla, łamał hełm, z pięknymi, lśniącymi karbunkułami, rozcina mu skórę, tnie między ślepiami, aż po sam krok. Krzyżem dnie konia, omijając stawy, na bujną splamioną czerwienią trawę pada Saraceński trup.
Wśród pogan Durendal budzi trwogę, płynący teraz w karmazynie po rękawy swego dzierżyciela, a nawet pierś. Dobrze siekał i dobrze ciął niewierne dusze, walił trupa za trupem, leciał czerep za czerepem.
Montjoie! – krzyczy, a to okrzyk wojenny Karola.
Oh! Oh! Gorąco się robić zaczynało! Francuzi i poganie, poganie i Francuzi cudowne ciosy dawali. Pierwszy nacierał, drugi się bronił. Tyle podartych i strzaskanych chorągwi i sztandarów spoczywało na zielonej trawie w kałużach czerwieni od tych, którzy je nosili, dopokąd jeszcze żyli. Tylu Francuskich żon i maci nie ujrzy swych mężczyzn. Tyle młodych dusz straciło dziś swe życia! Król Karol Wielki płacze i zawodzi, nie doczekają się od niego dzisiaj pomocy! Ganelon źle mu posłużył tego dnia, kiedy to poszedł do Saragossy i sprzedał się za srebrników kilka, ale nie uszedł bez kary, bowiem utracił swe bycie i członki na sądzie w Akwizgranie, na pohybel bowiem poszedł razem z trzydziestoma krewnymi, których to śmierć zaskoczyła.
Ciężko się walczyło, Roland i Durendal w duecie, Oliwier krzepko, arcybiskup też dłużny nie pozostawał, położył tysiąc razy i Francuzi to też biją na raz wszyscy. Tysiące i setki giną pogan. Chcą czy nie chcą przełyk dawali. A gdzieś daleko, w samej Francji waliły pioruny, a niebo niczym w noc wskazywało. Widno się działo, kiedy to błyskawica na niebo leciała. Mury w domach bez uszczerbku nie pozostawały jedne, ziemia drżał „Dzień sądu się zbliża!” – mówili, Nie znając smutnej prawdy, bo to niebo płakało w żałobie nad śmiercią wielkiego rycerza Rolanda!
Naprzeciw nim stanął król Marsyl z cały swym wielkim wojskiem. Serca Franków płakały już nad umarłymi, którzy nie wrócą z nimi do domu, walczyli godnie.
Marsyl sunął w dół, zabrał dwadzieścia szyków pogańskiej hałastry za sobą, przybrani w złote hełmy, lśniły ponad wszystko, słońce odbijało się od nich blaskiem, szmelcowanych pancerzy.
Siedem tysięcy trąb wyło za nimi, grzmiąc w dolinie i niosąc do Francuzów nowinę o przybyłym wsparciu. Roland na to rzekł do swego przyjaciela Oliwiera „Walił będę moim Durendalem, mieczem moim, a ty bierz swą Hauteclaire i wal ze mną!”
Król pogański jechał na czele swych mężnych legionów, przednim w smolą czerń Saracen Abisem, okrutnik nad okrutnikami. Pełno w nim występku i zdrady, mord i zdrada jest jego chlebem przednim. Nie wierny, w Boga, syna jedynego nie uznaje. Sam arcybiskup nie darzył go miłością i pragnął jego śmierci. Dosiadł zatem do tego celu pięknego doskonale ułożonego wierzchowca. Pasterz Pański poszedł w bój!
„Francja ucierpi stąd hańbę. Dziś bierze koniec nasze wierne druhostwo: nim przyjdzie wieczór, rozstaniemy się; i to będzie ciężkie”- tak rzekł przyjaciel do przyjaciela, patrząc na czerwoną dolinę pod Roncevaux gdzie niewierni obracali w nicość zastępy głoszące Prawdę.
Roland wyczuł, jak nie wierny, próbował okraść go z Durendala. Chwycił ostatkiem sił róg z hełmu, kamienie leciały wraz z uderzeniami, ugodzony w najpierw w łydkę potem gdy opadł zaskoczony ciosem, dostał w czaszkę  i plecy. Kości i czerep pękały, a nieprzyjaciel opadł nieruchomy z otwartymi ślepiami obok Rolanda.
Oczy zachodziły mu już mgłą, stanął ostatkiem sił by pożegnać się ze swym druhem, umiłowanym Durendalem, z którym stoczył tyle pięknych bitew, jakim gromił nieprzyjaciół w szczerym polu, jak rąbał na kawałki pogan i tych, co wyzwanie mu narzucili. Chwycił za krwią wyschłą rękojeść i o skałę w pobliżu uderzać zaczął, aż skry się sypały „Ha! Najświętsza Panno, bądź mi ku pomocy, Ha, Durendalu, dobry Durendalu, bieda z tobą! Skoro umieram, nie będę miał już pieczy nad tobą” Miecz uderzany nie pryskał, nie szczerbił, gdy spostrzegł smutną nowinę iż miecza swego nie połamie, lamentować w duchu nad nim zaczął. Nie czuł gniewu, smucił się, bowiem nie widział sobie iż tchórz, nie wierny miał prawo dzierżyć Durendala, jego miejsce było u boku chrześcijanina. Czuj jednak, że czas na niego, a Pan wzywa na sąd ostateczny. Rozejrzał się i znalazł swym zamglonym wzrokiem szczyt góry, pędem wbiegł na górę i opadł z sił na zieloną nie splamioną bujną darń, twarzą ku ziemi. Róg i miecz położył pod siebie, wycieńczony spojrzał po raz ostatni na zgraję pogan, czuj się bowiem zwycięzcą i chciał by wszyscy w tym sam Karol Wielki, król, był pewien, że odszedł jako zacny hrabia i triumfator. Drętwiejącą dłonią bił się w pierś z każdym razem słabnąc, za uczynki swe zniósł rękawicę swoją do nieba.
Kres był bliski, modlił się spoglądając na Hiszpanię, z prawą ręką do Boga wyciągniętą: „Boże, przez twoją łaskę, mea culpa, za moje grzechy, wielkie i małe, jakie popełniłem od godziny urodzenia aż do dnia, w którym oto poległem!” Wrogowie dostrzegający go z daleka dziwili się jemu, bowiem leżał i bił się w pierś, patrzył na nich bez lęku, mimo iż kończył żywot.
Aniołowie szli po niego.
Ofiarował Bogu swa prawą rękawicę, Gabriel chwycił ją od niego, by on mógł skonać ze złożonymi rękoma. Ostatnie bicie serca, ostatnie myśli, ostatnie słowa modlitwy „Amen.”. Odszedł. Bóg zesłał po niego swoje sługi. Przybył po duszę Rolanda anioł Cherubin i święty Michał Opiekun, a także święty Gabriel, nieśli już duszę jego do raju. Saracenii obserwujący to na boku odłożyli swe kopie, swoje miecze i tarcze. Przyglądali się jemu i swym oczom uwierzyć nie mogli, widzieli bowiem Prawdę przeciw, której walczyli.
Jego bohater upadł, zginął i dostąpił zaszczytu zasiądnięcia z samym Władcą przy stole na wieczerzy. Czy mógł przystąpić większemu zaszczytowi?
*
Śmierć osoby tak walecznej, dała mu wolność. Musiał zakończyć opowieść by zacząć wątek kolejny – ten prawdziwy, rzeczywisty.
Siedział nadal naprzeciw Alojzego i wpatrywał się w jego szklane oczyska, na krańcach, których zbierała się woda. Płakał szczerze nad śmiercią bratanicy jak Wielki Karol nad utratą swego siostrzeńca, Hrabiego Rolanda.
- Drogi Karolu – poprawił się – Dionizy. Chciałbym panu pomóc jak tylko mogę. Niech mi tylko powie jak.
- Potrzebuję pieniędzy na pokrycie kosztów… - nie dokończył, jednak młodzieniec nie potrzebował tego wiedzieć, wiedział za to że czeka go przedwczesna zapłata.
Nie wypytywał o przyczyny, i tak nie łatwo było mu o tym wspominać. Co starzec miał się męczyć tłumaczeniem.
Wstał od stołu, podgrzał, zagotowaną chwilę wcześniej wodę i zrobił gościowi herbatę.
- Ile pan słodzi?
- Jedną – wsypał zatem jedną łyżeczkę cukru do szklanki – albo… dwie, dzisiaj dwie… tak, dwie… - zapętlił się starszy mężczyzna.

sobota, 17 listopada 2012

Dzień siedemnasty - jaki mam opór do pisania! - Cały dzień i zaledwie 1 685 słów - jeszcze jakieś drugie tyle do rana - 26 382


- To pana zabije – serdecznie pouczył go elegancko ubrany mężczyzna.
Popatrzył na niego za to z pogardą.
Stali prawie, że naprzeciw siebie, pomieszczenie skrywały mroki, a lampy świeciły się jedynie wewnątrz heksagonu złożonego z betonowych kolumien. Pisarz miał okazję przyjrzeć się teraz gospodarzowi. Z takiej odległości widać było, że bladość wywołana jest sztucznie, a z pod maski dawało się dostrzec ukrywane niedoskonałości. Usta delikatne i naturalnego koloru, oczy intensywnie niebieskie z przebarwieniami o długich i grubych rzęsach.
- Miałem się tu czegoś dowiedzieć – powiedział z papierosem w ustach – chyba.
- Jeżeli jeszcze pan nie zrozumiał, na czym polegają dzisiejsze podchodu to zawiodłem się. – spuścił wzrok aktorsko, po czym obrócił się i scenicznie oddalał się od rozmówcy- Ale… zacznijmy od początku. Nazywam się Steward Kenvetch, ale to już pan wie, jestem dyrektorem, a zarazem łowcą, w sektorze kapitalnym, czyli tym, w którym właśnie jesteśmy – dodał – zna pan nas, widział nas, słyszał, a nawet rozmawiał – stał teraz po drugiej stronie stołu, położył laskę na blat po czym oparł się rękoma i mówił dalej – jestem Dyrektorem dystryktu Stolicy, ale praktycznym zajęciem jest śledzenie odmieńców takich jak ty, którzy myślą, że są cwani – elegant przestawał być znów takim eleganckim i dystyngowany człowiekiem. W momencie gdy gospodarz zaczynał temat jego oraz śledzenia na monitorach zaczęły pojawiać się notatki, gazety, zdjęcia te które znalazł w chacie Łukasza. Przelatywały także strony książek, okładki, umowy, podpisy. Jeden wielki bałagan informacyjny – a człowiek, jaki cię tu przywiódł to mój agent. Rzeczywiście ma problemy, cierpi na autystyczny zespół Aspergera i dzięki naszej pomocy udaje się mu wykorzystywać, zarówno plusy tej choroby jak i niwelować minusy. Niebawem stanie się idealnym łowcą.
- Zajebiście, panie Stewardzie – powiedział z nieukrywaną obojętnością – ale co to ma ze mną wspólnego, jak dla mnie to możecie sobie nawet pietruszki tutaj sadzić.
- Śledzimy takich jak ty, tych którzy przeciwstawili się nam i złamali podstawową regułę umowy – na pisarza padło ostre spojrzenie eleganta – anonimowość.
Prozaik był prawie pewny z kim ma do czynienia, wolał jednak odrywać głupca, i niedouczonego, gdyby miał rację, bowiem skończyło by się to nie najlepiej dla niego samego.  
Na ekranie monitora znajdującego się na wprost artysty, pojawiła się karta papieru, umowa, na dole której widniało jego nazwisko wraz z podpisem.
- Jest pan, panie Pisarzu, skończony. Złamałeś zasadę, przestałeś grać według reguł i dlatego będziemy musieli zakończyć współpracę, mimo wielkiego talentu jaki posiadasz.
- Tak… - musiał już grać w otwarte karty, bowiem wszyscy wiedzieli co się dzieje, a udawanie idioty wiele nie zmieni w tej sytuacji – a w jaki sposób niby złamałem ową umowę? – zapytał unosząc rękę z papierosem wskazując na  ekran.
- Czyżby mój posłannik ci tego nie przekazał? – retoryczne pytanie, na które mistrz słowa postanowił jednak odpowiedzieć
- Czy użycie względnie podobnego miejsca z kilku nie łączących się tytułach jest zdradą? Nie wymieniałem, żadnych imion, żadnych prawdziwych punktów wskazujących łączność tego wszystkiego ze mną – wypluł nadmiar śliny na podłogę – a potem z wami.
- Jednak Łukasz je znalazł.
- Łukasz… – wypowiedział po woli - … znał mnie z waszych akt, jest chodzącym komputerem i zapamiętuje wszystko, a osoba przeciętna tego nie zrobi.
- On nie miał niczego, po prostu czytał książki, które mu daliśmy.
- To mu wystarczyło by znaleźć podobieństwa, ale normalnie działająca osoba tego nie zrobi, nawet przypadkowo z zespołem Aspergera – nie będzie ona w stanie przekazać tego światu – tłumaczył się.
Pomieszczenie popadło w mrok, świecił się tylko ekran z umową rzucający światło na Stewarda, którego czarną postać opływało białe światło tworząc go jeszcze bardziej przerażającego. Znajdował się nie ruchomo, obaj nie drgnęli, dym z ostatka papierosa przecinał niewidomą przestrzeń, podmuch wiatru zmienił na chwile jego kierunek. Przestrzeń przecinała głucha cisza, nie dobiegały żadne dźwięki, a mrok spowijał wszystko poza prezesem w cylindrze.
Usłyszał stukanie bytów od tyłu, gwałtownie obrócił się przerażony, niczego nie zauważył. Cofnął się do krawędzi stołu, niczego nie widział.
Kroki umilkły, odwrócił się gwałtownie w stronę, gdzie przed chwilą stał mężczyzna, nie było go tam. Obrócił się ponownie. Zaczął biec. Przed siebie, widział za plecami światło ekranu, to stanowiło punkt odniesienia. Znalazł się pod ścianą. Chropowata, nie równa cegła, zaczął skrobać, lecz okazało się to nie skuteczne, walił w ścianę, znów usłyszał obcas zbliżający się do niego. Obrócił się przylegając do ściany, serce waliło mu w piersi, nogi drżały, pot spływał po powiekach i zasłaniał rzeczywistość. Kroki z prawej, potem z lewej. Znów zaczął biec, na oślep widział przed sobą ekran wiszącego telewizora na którym widniała głowa rozbawionego klauna w wysokim fioletowym kapeluszu, podobnym stylem do tego, który nosił Kenvetch, przewrócił się. Upadł na miękkie materace. Podniósł się szybko i zaczął biec ile sił w nogach, wpadł na biurko.
Zatrzymał się. Pomyślał. Nie miał przy sobie niczego, co mogłoby wytworzyć światło. Nie wiedział gdzie idzie, nie wiedział gdzie się znajduje i nie wiedział co jest mu pisane.
Chociaż w to nie wierzył. Był pewien, że jeżeli niczego sam nie zrobi to nikt niczego za niego nie uczyni. Roztrzęsiony nie miał pojęcia co robić. Schował się po cichu pod mebel i czekał.
Niczego nie słyszał. Niczego nie widział.
Ani stukania, ani kroków.
Światła pogaszone. Mrok.
Spędził na podłodze dobre kilka godzin bez ruchu oraz jakiegokolwiek szmeru. Starał się zachowywać tak jakby go tu nie było. Sam chciał w to wierzyć, ale nie wierzył.
Strach mijał. Rozum przejmował kontrolę nad ciałem. Serce zwolniło rytm. Writer myślał dużo co powinien w tym wypadku uczynić, jedyne wyjście to szyb przed który znalazł się tutaj, jednak wydawało się to nie możliwe lub graniczące z cudem. Ciemność nadal go przerażała, nie miał pojęcia co się wydarzy jeżeli zaufa sobie i pójdzie w mroku działać.
Czekał. Mijały minuty, dziesiątki minut, setki minut, a on siedział w bezruchu pod tym samym blatem, tego samego stołu co na początku, mimo pełnego pęcherza i serca w przełyku siedział i kontemplował każdy pochwycony detal otoczenia.
Stanął prosto. Odrętwiałe mięśnie utrzymywały go, a odleżałe stawy zdradziły pozycję.
Stał. Kontemplował ciemność. Niczego nie widział, miał nadzieję, że jego też nikt nie widzi.
Mylił się.
Zza pleców dobiegł tłumiony dźwięk wystrzału. Gumowa kula trafiła go w łopatkę. Upadł na kolana. Kolejny wystrzał. Padł na podłogę. Stracił przytomność.
Plastikowa kula, tak mu się wydawało, nie była wcale kulą plastikową, a strzałką mającą za zadanie uśpić cel. Zapanowała całkowita ciemność, w jego umyśle. Nie miał pojęcia co się dzieje, gdzie go niosą. Lampy wciąż milczały, a ku niemu podbiegło kilku ubranych  w ciężkie buty osobników. Z maskami na twarzach i opancerzeni jakby przyszli na wojnę z samym Odynem. Jeden chwycił go i przerzucił przez ramię. Odeszli skąd przybyli. Nie pozostawiając po sobie śladów. Tropy i wskazówki dla przypadkowych odkrywców zostały zniszczone, bowiem cała hala została odpowiednio spreparowana by pozostałości po czyjejś obecności nie dało się wykryć.
*
Pokój bez drzwi i okien. Białe pomieszczenie z białym prostym stołem i zeszytem. Tym samym, w którym pisał powieść o Nowo rosyjskim pułkowniku. Leżał na miękkiej podłodze w śnieżnym ubraniu. Spodnie i koszulka w jednym kolorze, żadnych sznurków, żadnego paska, ani guzików. Nawet nogi od stołu były jakieś giętkie.
Obudził się w wyłożonym poduszkami pokoju bez okien i klamek, całość zlewała się w jedną masę, kredowe ściany, kredowe podłogi, blat kredowobiały. Z letargu wyrwało go mocne światło, któro nagle się włączyło. Brak było zegara, kalendarza, okien. Nie miał pojęcia gdzie, kiedy i po co jest, choć zeszyt na stole wskazywał na obowiązek kontynuacji powieści, jednak pewności nie miał.
Podniósł się z ziemi, podszedł do zeszytu, przewrócił kartki. Nic. Tylko to co sam zapisał. Żadnych wskazówek, żadnych instrukcji ni podpowiedzi.
- Halo??? – zawołał rozglądając się po ścianach – jest tam ktoś?
Pomieszczenie milczało.
Chodził po pokoju nerwowo z kąta w kąt, dotykał ścian, podłogi, próbował znaleźć jakiejś przerwy, jakiegoś odstępstwa. Macał między łączeniami poduszek, szukał wentylatorów, drzwi. Nic. Niczego nie znalazł. Usiadł oparty o ścianę i czekał. Czekał i liczył na dalsze rozwikłanie się problemu.
Może to ci od Kenvetch mnie tu wsadzili, a może to wszystko to urojenie jakich dużo od tygodnia.
Tygodnia??? Ile już tu siedzę, dzień, dwa, a może kilka godzin. A może miesiąc?? Co było ostatnie? Tak.. Tak… Ciemność. Ciemność i głusza. Kapelusz. Wredna śmiejąca się twarz…
Wariuję.
A może to moje urojenia. Może zamknąłem się w tym pokoju o białych ścianach i teraz świruję. Albo leżę w łóżku i ten papieros nadal mi się pali, a ja się nie obudziłem, może obudzi mnie znów pukanie Wariata do drzwi. Może znów Weronika mnie zaciągnie na łóżko, może snów zagrają Sowy.
Co się tu dzieje? Ja tylko przyjechał odpocząć i napisać powieść. Czy to takie złe? Co takiego złego komukolwiek uczyniłem??
Tak! Użyłem jednego miejsca i postaci kilka razy! Co w tym jest złego?? Ilu Artystów tak nie robi? Ilu Pisarzy nie odzwierciedla prawdy w fikcji? Fikcja to nic innego jak Prawda w przenośni! Symbol! Metafora! Irrealizm, surrealizm. To zawsze realizm tylko, że dla zaawansowanych!
Czemu tu jestem?
Większość śpi nadal przez sen się uśmiecha, a kto się zbudzi nie wierzy w przebudzenie.
Może śpię? A może to my wszyscy śpimy!? I obudzimy się dopiero po śmierci, albo będziemy spać dalej? Kto to wie? On to wie, On wie. Na pewno wie! Kto jak nie On wiedzieć będzie?
Szaleję! Szaleję?
Na pewno, Szaleję!!!
Śmieję się, bo szaleję!
- Wstawać! – rozległ się nagle głos ze ściany – Śniadanie!
Wyrwany z letargu mężczyzna podniósł się z podłogi, przypomniał o dziwacznym śnie, ale wciąż znajdował się w białym pokoju, na jedynym meblu obok notatnika znajdowała się teraz taca z plastikowymi naczyniami, w których przygotowana była strawa dla lokatora.
Wiedział, że musi jak najszybciej dowiedzieć się o co w tym wszystkich chodzi.
Poczuł jednak wilczy głód. Usiadł więc przy potrawie i wpatrywał się w dziwną mleczną papkę. Kromkę ciemnego chleba, większy kubek wody oraz dwie niepodpisane białe tabletki.
- Czy tutaj wszystko musi być białe!? – krzyknął do ścian. Odpowiedziały mu milczeniem – a gotować też nie umiecie Panie Ściany? – zamoczył usta w misce z zupą.
O sztućcach mógł zapomnieć, nie pozostało mu więc nic innego jak powrót do dzieciństwa i dziecinnego sposobu spożywania pożywienia. Kiedyś na porządku dziennym jego życia było właśnie takie jedzenie.